Fragmenty wspomnień Żyda ze Świdnicy mieszkającego w Izraelu ▪ na podstawie niemieckiego tekstu Rudiego Dawida Hillera opracował: Edmund Nawrocki

Opublikowano: 23 maja 2012, Odsłon: 1 353
  • Ja, Rudi Dawid Hiller, urodziłem się 6 marca 1922 roku w Świdnicy przy obecnej ulicy Grodzkiej 19. Ojciec mój, Żyd doktor medycyny Georg Hiller, ożenił się w 1920 roku z Żydówką Judytą Fleischhacker i osiedlił się w Świdnicy jako lekarz specjalista chorób wenerycznych i skórnych. Działał też jako rentgenolog.

    Uczęszczałem do katolickiego przedszkola prowadzonego przy dzisiejszej ulicy Kotlarskiej przez siostry urszulanki. Potem byłem uczniem ewangelickiej szkoły męskiej przy obecnej ulicy Kościelnej (dziś III LO). Miło wspominam mojego nauczyciela Brunona Weyla, który usiłował nas wychować na porządnych, zdyscyplinowanych chłopców. Posługiwał się przy tym kijem i ciągnięciem za uszy, co uważaliśmy za karę sprawiedliwą bo zasłużoną. Niezapomniane były organizowane przez niego wycieczki, które pogłębiały nasz związek z krainą ojczystą i z przyrodą.

    Po ukończeniu czterech klas szkoły ludowej (podstawowej), na wiosnę 1932 roku rozpocząłem naukę w gimnazjum humanistycznym mieszczącym się do roku 1934 przy dzisiejszej ulicy Franciszkańskiej 7 (ostatnio miała tam siedzibę Szkoła Podstawowa nr 10 imienia Księcia Bolka II Świdnickiego). W 1934 roku przeniesiono je do gmachu przy dzisiejszej ulicy Wałbrzyskiej 35-37, gdzie obecnie jest Zespół Szkół Budowlano-Elektrycznych imienia Jana III Sobieskiego.

    W gimnazjum byłem jedynym uczniem Żydem natomiast do wyższej szkoły realnej uczęszczało w Świdnicy aż ośmiu uczniów wyznania mojżeszowego. Nie odczuwałem wtedy atmosfery antysemickiej. Byłem jednak nieco izolowany na przykład podczas chłopięcych zabaw na podwórzu szkolnym. Życzliwość okazywali mi dyskretnie koledzy z warstwy szlacheckiej i konserwatywnej.

    W dniu bojkotu Żydów, 1 kwietnia 1933 roku dyrekcja gimnazjum poprosiła mojego ojca, aby zabrał mnie do domu. Na bramie naszego domu przy dzisiejszej ulicy Komunardów 1 widniał plakat wzywający do bojkotu żydowskich sklepów, prawników i lekarzy. Obok stał posterunek SA-manów. Wtargnęli oni do poczekalni pełnej niemieckich pacjentów ojca i wezwali ich do jej opuszczenia. Pacjenci podnieśli krzyk i nie usłuchali wezwania. Na prośbę ojca pojawiło się dwóch policjantów, którzy nie dopuścili do usunięcia chorych.

    Gdy w szkole wprowadzono obowiązek witania wchodzącego nauczyciela tak zwanym pozdrowieniem hitlerowskim czyli rzymskim salutem przez podniesienie prawego ramienia, na moją prośbę nauczyciele zezwolili mi na witanie ich tylko przez wstawanie z miejsca. Od lipca 1934 roku mogłem co sobotę uczestniczyć w nabożeństwie w synagodze, bo nauczyciele zwolnili mnie z obowiązkowego w tym dniu szkolenia światopoglądowego.

    Wychowawcą mojej klasy w gimnazjum był Niemiec profesor Paul Koehler. Znał dobrze tradycję żydowską oraz religię mojżeszową i był nauczycielem również i języka hebrajskiego. W kwietniu 1936 roku, przed naszą emigracją do Izraela, wręczył mi świadectwo promocyjne do następnej klasy gimnazjalnej, chociaż nie skończył się jeszcze rok szkolny. Zaprosił mnie z matką do swego mieszkania, gdzie wyraził swoje ubolewanie z powodu naszego wyjazdu i życzył nam wszystkiego najlepszego. Żałował też, że sam nie może opuścić Niemiec i zdystansował się od tego, co się w Niemczech dzieje. Opowiedział nam, że podczas pierwszej wojny światowej służył na froncie wschodnim, gdzie poznał język i obyczaje polskich Żydów, a potem przebywał też i w Palestynie, gdzie zetknął się z problemem kolonizacji żydowskiej.

    Była z nami zaprzyjaźniona rodzina lekarza, powiatowego nadradcy medycyny doktora Fritza Heringa. Syn jego służył w elitarnej gwardii przybocznej SS Adolfa Hitlera (1889-1945), ale nie był antysemitą. Informował ojca, że antysemicka polityka hitlerowców będzie przybierała coraz ostrzejsze formy. Dr Hering radził mojemu ojcu, aby starał się jak najprędzej opuścić Niemcy. Takiej samej rady udzielił ojcu świdnicki nadburmistrz Georg Trzeciak (1886-1968), zwący się od 1937 roku Trenk. Był narodowym socjalistą i wystarał się o to, by urząd skarbowy i policja wystawiły w ciągu 24 godzin zaświadczenia umożliwiające nam wyjazd z Niemiec. Pozostali tu nasi krewni zamieszkali w Królewcu, Monachium oraz Wrocławiu i prawie wszyscy zginęli później jako ofiary zagłady Żydów.

    W Palestynie spotkaliśmy znajomych, między innymi rodzinę Kardosch, właścicieli gorzelni z Jaworzyny Śląskiej, którzy już w 1933 roku udali się na emigrację. Były tu też dwie siostry, Margot Rut, córki Pinkusa Laufra Dory Schendel, którzy pozostali w Świdnicy i w czasie wojny padli ofiarą zagłady.

    Rodzice moi długo łudzili się, że wykroczenia antysemickie lat 1933-1934, prowadzące do degradacji Żydów do obywateli drugiej kategorii, wkrótce ustaną, bo w Niemczech jednak zwycięży sprawiedliwość i praworządność. Ojciec mój, który w stopniu majora kierował w czasie pierwszej wojny światowej wielkim szpitalem wojskowym, myślał, że ochronią go zasługi wojskowe. Złudzeń pozbawiły go ustawy antyżydowskie, tak zwane „ustawy norymberskie” z września 1935 roku.


    Kategoria: Pamiętniki, publicystyka, relacje, wspomnienia

  • Dodaj komentarz

    Dodaj komentarz