Jak wspominam planowe wysiedlanie Niemców ze Świdnicy ▪ Arnold Treutler (z języka niemieckiego przełożył i opracował: Edmund Nawrocki)

Opublikowano: 23 maja 2012, Odsłon: 1 359
  • W poniedziałek 22 lipca (według innych źródeł w niedzielę 21 lipca) 1946 roku około godziny 16.00 na bramach kamienic przy obecnych ulicach: Zamkowej, Franciszkańskiej, Bolesława Chrobrego, Komunardów, Księcia Bolka Świdnickiego, Jagiellońskiej, Stefana Żeromskiego, Siostrzanej, Teatralnej, Wrocławskiej (od numeru 1 do 50) oraz placu Świętej Małgorzaty wywieszono plakaty w języku polskim i niemieckim. Obwieszczały one, że ludność niemiecka zamieszkała na wymienionych ulicach ma przygotować się do wysiedlenia zwanego wtedy „repatriacją”. Tego samego dnia wieczorem przedstawiciele zarządu miasta odwiedzali poszczególne rodziny czy osoby przewidziane do wysiedlenia i oznajmiali, że następnego dnia o godzinie 8.00 mają zebrać się w sieni kamienicy celem „powrotu do ojczyzny” (to znaczy wyjazdu do Niemiec).

    Można było zabrać tyle bagażu, ile dało się unieść w obu rękach. W ciągu nocy wysiedlani do waliz, koszy i różnego rodzaju tobołków pakowali głównie przedmioty codziennego użytku, jak garnki, maszynki do mięsa, odzież, bieliznę osobistą i pościelową. W napięciu i strachu oczekiwali następnego ranka.

    We wtorek 23 lipca między godziną 8.00 a 9.00 wyruszył długi szereg Niemców w kierunku dzisiejszego placu Wojska Polskiego i ulicy Kraszowickiej. Niektórych starców i osoby mające trudności z poruszaniem się wieziono na wozach. Udawano się do Kraszowic, do odległego o około 3-4 kilometry obozu zbiorczego. Tam w dużym, drewnianym baraku znajdowały się wydzielone pola wielkości powierzchni wagonu bydlęcego. W obrębie tych pól umieszczano 35 osób z ich bagażami. Osoby te otrzymywały odpowiedni numer wagonu. Po południu każdemu wagonowi przydzielano Niemca będącego kierownikiem wagonu. Miał troszczyć się o spokój i porządek w wagonie.

    Wieczorem polski kierownik wysiedlania mianował mojego ojca (ku jego przerażeniu i zaskoczeniu) kierownikiem transportu, z czym łączyła się nieprzyjemna odpowiedzialność. Ojciec otrzymał opaskę z niemieckim napisem „Niemiecki kierownik transportu”. Powiedziano mu, że ma doprowadzić transport do określonego celu, który zostanie mu później podany.

    Noc spędziliśmy drzemiąc i siedząc na naszym bagażu w przepełnionym baraku.

    W środę 24 lipca około godziny 10.00 rozpoczęto kontrolę bagaży. Przy długich stołach siedzieli kontrolerzy i przeglądali pakunki. Zabierali to, co się im podobało. Był niesamowity upał.

    Po kontroli musieliśmy wspiąć się na nasyp kolejowy i wlec się z bagażami około 300 metrów do oczekujących nas wagonów bydlęcych. Wielki upał pozbawiał nas sił.

    Przed odjazdem pociągu przybyli niemieccy duchowni: ewangelicki i katolicki. Pożegnali wyjeżdżających i dostarczyli nam napojów.

    10 minut przed odjazdem pociągu zjawiła się delegacja władz z prezydentem miasta i „Madame KulturaFelicją Strzemboszową, fotografowie i dziennikarze. O godzinie 18.30 pociąg ruszył. Wzdłuż toru kolejowego Kraszowice-Świdnica stało wielu Niemców, których wtedy jeszcze nie wysiedlano ze Świdnicy i chcieli nas pożegnać. Powoli przejeżdżaliśmy przez miasto i świdnicki dworzec mając nadzieję, że może jeszcze kiedyś tutaj wrócimy. Wieczorem około godziny 22.00 przybyliśmy do stacji Miłkowice położonej niedaleko Legnicy.

    W nocy pociąg kluczył, bo niektóre mosty kolejowe były jeszcze nie odbudowane po zniszczeniach wojennych. Dopiero w czwartek 25 lipca około godziny 13.00 pociąg nasz przybył do Węglińca. Tutaj odbyło się odwszawianie i dano nam żywność. Przejęła nas komisja sowiecko-brytyjska. Kierownikowi transportu powiedziano, że nasz pociąg skierowany zostaje do brytyjskiej strefy okupacyjnej, co uwolniło nas od niepokoju

    W Węglińcu przebywaliśmy do piątku 26 lipca. Około godziny 13.00 przejechaliśmy w Wehrkirch granicę z Niemcami. Jechaliśmy coraz szybciej przez Hoyerswerdę, Falkenberg, Wittenbergę, Dessau do Magdeburga. Tam przybyliśmy w sobotę 27 lipca o godzinie 8.00. Umożliwiono nam umycie się.

    Gdy przejechaliśmy granicę sowieckiej strefy okupacyjnej, wybuchła radość. Zdjęliśmy białe opaski, które musieliśmy nosić w Świdnicy jako znak, że jesteśmy Niemcami i wyrzuciliśmy je na peron. Przez Helmstedt dojechaliśmy do obozu przejściowego Mariental, odległego o około 20 kilometrów od strefy sowieckiej.

    Byliśmy tam około południa. Obóz na dawnym lotnisku wojskowym był bardzo czysty i wzorowo zorganizowany. Znów poddano nas odwszawieniu i zewidencjonowano. Odbyło się badanie lekarskie.

    Otrzymaliśmy ciepłe jedzenie. Wystawiono nam też dokumenty osobiste, dano karty żywnościowe na najbliższe dwa tygodnie i zaopatrzenie na dalszą podróż. Kto chciał, mógł pójść do ewangelickiego albo katolickiego kościoła. Byliśmy zaskoczeni świetną organizacją postępowania z nami.

    Dowiedzieliśmy się, że jedziemy do Dransfeld w powiecie Hann. Münden (obecnie powiat Getynga). Przesiedliśmy się do pociągu osobowego i około godziny 20.00 pojechaliśmy przez Getyngę dalej. Około godziny 8.00 w niedzielę 28 lipca zostaliśmy powitani na dworcu przez starostę powiatu Hann. Munden. Od mojego ojca odebrał on polską listę z nazwiskami wysiedlonych świdniczan.

    Około 1000 osób rozwieziono autobusami po wsiach powiatu Hann. Münden. Około 800 świdniczan zostało w ówczesnym mieście powiatowym.


    Kategoria: Pamiętniki, publicystyka, relacje, wspomnienia

  • Dodaj komentarz

    Dodaj komentarz