Moje wspomnienia konspiracyjne z lat 1939-1944 ▪ Eugeniusz Kur

Opublikowano: 23 maja 2012, Odsłon: 1 392
  • Eugeniusz Kur pseudonim „Koniczyna”, żołnierz ZWZ-AK Obwodu „Wilcza” – „Rajski Ptak”, zastępca dowódcy plutonu w Wyszkowie, kapral podchorąży czasu wojny.

    Tekst powstał w 1972 r.

    Na wstępie czuję się w obowiązku wyjaśnić, że nie jestem w stanie opisać całości działań i pracy ZWZ-AK na terenie Wyszkowa z powodu niskiej funkcji oraz warunków konspiracyjnych. Ze zrozumiałych względów mój dostęp do informacji był ograniczony. Nawet w tym, co pamiętam, daty będą się kłóciły z rzeczywistością. Tym niemniej będę się starał opisać w sposób rzetelny, co się działo w Wyszkowie. Nie roszczę sobie tak wysokich aspiracji, ażeby opisać pracę innych organizacji, ale wiem, że były i działały. Funkcjonowało tajne nauczanie. Zorganizowane były kobiety wywodzące się z przedwojennego PWK (Przysposobienie Wojskowe Kobiet), którym przewodziła pani Weratyńska. Istniały „Szare Szeregi” dowodzone przez porucznika Rytla. Działała liczna Gwardia Ludowa, z której osobiście znałem Stanisława Ponichterę, Stefana Skocznia oraz Rajczaka (imienia nie pamiętam). Od nich otrzymywałem prasę komunistyczną, a oni ode mnie prasę AK.

    Z konieczności moje wspomnienia będą tylko fragmentem działalności konspiracyjnej na terenie Wyszkowa opartymi na moich osobistych spostrzeżeniach i udziale w konkretnych akcjach.

    Służbę wojskową odbyłem w latach 1929-1931 w 1 Pułku Lotniczym w Warszawie jako mechanik lotniczy. Do rezerwy zostałem zwolniony w stopniu starszego szeregowca. Pracowałem od 1934 roku w Warszawie w fabryce „Norblin, Bracia Buch i T. Werner”. W kampanii wrześniowej nie brałem udziału, ponieważ nie zostałem zmobilizowany i mimo starań nie udało mi się zaciągnąć do wojska. Natomiast brałem udział około 10 września 1939 r. w ratowaniu nowych hal MOB w „Norblinie”, gdzie miała być produkowana w czasie wojny amunicja, a które zostały zbombardowane i spalone przez Niemców. Następnie otrzymaliśmy polecenie ewakuacji fabryki do Lublina. Niestety nic z tego nie wyszło. Tak jak wielu przeszedłem kawał Polski z nadzieją, że będę jeszcze potrzebny, zgłaszając się w różnych miejscowościach do wojska. Bezskutecznie.

    W październiku 1939 roku do organizacji Komenda Obrońców Polski/Organizacja Wojskowa „Wilki” wprowadził mnie i zaprzysiągł w Wyszkowie Jan Wojewódzki pseudonim „Garbaty”, były członek Polskiej Organizacji Wojskowej i Polskiej Partii Socjalistycznej, w okresie sanacji więzień Berezy Kartuskiej. Przybrałem pseudonim „Koniczyna”. „Garbaty” skierował mnie wkrótce do Bronisława Karpia, który był dowódcą drużyny. Tam spotkałem Mariana Szulca ps. „Gryszczyk” i Piotra Peta ps. „Werbel”. Organizacja KOP/OW „Wilki” już bez naszego udziału (zgody) weszła do Związku Walki Zbrojnej, a następnie do Armii Krajowej. Pierwszy okres naszego działania to werbowanie członków, zbieranie sprzętu wojskowego i broni oraz jej reperacja i konserwacja. Muszę się cofnąć, ażeby wyjaśnić, że w 1935 roku ożeniłem się i w chwili wybuchu wojny miałem dwoje dzieci. Z tych względów musiałem podjąć pracę. Zatrudniłem się przy budowie mostu kolejowego w Wyszkowie. Tam poznałem majstra, Niemca, który nazywał się Hanes. Po pewnym czasie, kiedy się lepiej poznaliśmy, okazało się, że on był przeciwnikiem Hitlera i chyba miał nawet poglądy komunistyczne. Wspólnie topiliśmy w Bugu różne narzędzia, jak również wypuszczaliśmy z butli tlen i acetylen służące do spawania metalowych części. Hanes był inicjatorem tej akcji, a ja musiałem milczeć i zachować to wszystko, co robiliśmy, w tajemnicy. Przy budowie mostu uległem wypadkowi w pracy. Miałem uszkodzoną prawą dłoń, tak że orzeczono mi 30% inwalidztwa, co w przyszłości ułatwiało wykonywanie różnych zadań konspiracyjnych i uchroniło mnie przed wywiezieniem na roboty przymusowe do Rzeszy. Oczywiście przestałem pracować przy moście. W tym okresie o mało nie doszło do wpadki. Tadeusz Pawłowski przynosił nam na budowę nielegalne gazetki o nazwie „Pobudka”. Pewnego razu niespodziewanie pojawił się inspektor nadzoru budowlanego, rzecz jasna Niemiec, i nie spodobało mu się, że ktoś obcy kręci się po budowie. Tym razem obyło się bez rewizji i wszystko skończyło się na strachu, ale nauczyło nas ostrożności. Naszym organem prasowym było czasopismo „Polska Walczy”, ale w tym czasie każda podziemna prasa była chciwie czytana przez Polaków. Nikt jej nie niszczył, lecz dawał po przeczytaniu innym. Nieraz się zastanawiałem skąd pewne rzeczy otrzymywałem, ale w tamtych czasach każdy z nas świadomie nie wnikał w źródła pochodzenia podziemnej prasy czy ulotek i świadomie nie chciał o wielu sprawach wiedzieć, bo takie były zasady konspiracji. Stąd luki w moich wiadomościach. W dziupli lipy w parku gimnazjalnym miałem umówioną skrzynkę kontaktową. Zawsze tam były o umówionym czasie gazetki lub jakieś informacje, ale nie wiem, kto je tam wkładał i nigdy nie próbowałem się dowiedzieć kto to robił, bo nikt z nas nie wiedział jaka jest granica wytrzymałości naszej „skóry”, a czasy były trudne.

    Po kampanii wrześniowej Wyszków był zniszczony w około 80%. Most kolejowy został wysadzony w powietrze, a drogowy spalono. Z Latoszka do Wyszkowa (do ulicy Strażackiej) kursował prom, pilnie kontrolowany przez żandarmów i volksdeutschów rodzimego chowu. Miasto liczyło zaledwie kilka tysięcy mieszkańców. Ludności narodowości żydowskiej w mieście już nie było. Część uciekła, część Niemcy wymordowali podczas działań wojennych i tuż po działaniach, reszta znalazła się w getcie w Jadowie. Żaden Żyd nie miał prawa wrócić do Wyszkowa pod karą śmierci. Nie wiem, dlaczego Niemcy tak się zemścili na Wyszkowie. Wiadomo, że po wycofaniu się wojsk polskich, Niemcy podpalali poszczególne domy, a do piwnic wrzucali granaty. Mówił mi o tym Józef Pawłowski i dodał, że w Wyszkowie był Adolf Hitler, aby obejrzeć osobiście zniszczenia.

    Po klęsce Francji zrozumieliśmy, że nasze zwycięstwo szybko i łatwo nie przyjdzie i konspirację należy potraktować poważnie. Tymczasem na Wyszków przyszła nowa klęska w postaci nakręcania filmu o wojnie z Polską. Znów wysadzanie, palenie i bombardowanie tego, co pozostało po zniszczeniu. Potem nastąpiły przygotowania do wojny ze Związkiem Sowieckim. Niemcy wybudowali lotnisko polowe w Rybnie koło Jadowa i dwa lotniska pozorujące. Wszystko to z cegły zbieranej ze spalonych i zniszczonych domów w Wyszkowie. Tak zniknęła remiza strażacka, dom parafialny, synagoga, budynki poczty i posterunku policji, wszystkie murowane domy w rynku i wiele innych. Willa po Cudnym została zajęta przez niemiecką żandarmerię. Najbardziej krwiożerczym żandarmem był mężczyzna o przezwisku „Heniek”. Podobno nazywał się Szulc i służył przed wojną w naszym, polskim 11 Pułku Ułanów Legionowych w Ciechanowie. Pokazał się również w mieście artysta C. Klein już jako volksdeutsch, rzucając strach na mieszkańców, a to dlatego, że mieszkał przed wybuchem wojny parę lat w Wyszkowie i z tego powodu znał osobiście wszystkich ważniejszych obywateli miasta. Po okresie około półrocznym zniknął nagle nie wiadomo gdzie, wiadomo tylko że utrzymywał kontakt z żandarmerią i próbował szantażować niektórych mieszkańców Wyszkowa.

    Pojawił się również pewien Ukrainiec, też jawnie współpracujący z okupantem, ale wkrótce otrzymał swoją porcję ołowiu w brzuch i po pewnym czasie zmarł w szpitalu. Niemcy rozpoczęli wiosną 1941 roku przygotowania do uderzenia na Związek Sowiecki i nastąpiła koncentracja ich jednostek wojskowych w naszej okolicy. My zaczęliśmy kompleksowe obserwacje ruchów wojsk niemieckich. Robili to: Jan Wałowski, Marian Szulc, Piotr Pet, ja i wiele innych osób mieszkających na trasach przejazdu niemieckiej armii. Trzeba było notować znaki i godła jednostek, liczbę żołnierzy i sprzętu, kierunki wyjazdu i wszelkie inne, drobne nawet szczegóły. Meldunki zbierał podporucznik ps. „Wicher” (imienia oraz nazwiska nie pamiętam). Prowadziłem wtedy również nasłuch radiowy na radioodbiorniku, którego nie zdałem na żądanie Niemców, tylko ukryłem u ogrodnika w Rybienku Leśnym. Niestety po krótkim czasie aparat został uszkodzony na skutek ciepła i nadmiernej wilgotności w szklarni. Osobiście byłem zaskoczony tym, że Niemcy po uderzeniu na Związek Sowiecki posuwali się w szybkim tempie do przodu i nasza praca w kierunku rozpracowania koncentracji Niemców poszła na marne, bo powszechnie mówiło się o zaskoczeniu i ogromnych stratach wojsk sowieckich. Wojna Związku Sowieckiego z Rzeszą Niemiecką mimo początkowych sukcesów armii hitlerowskiej trwała jednak nieprzerwanie, a tempo niemieckiego natarcia stopniowo słabło. Powoli narastało w nas przeczucie, że Niemcy muszą się jednak zgubić w nieprzebytych terenach Rosji i w końcu zostaną pokonani.

    Nie przypominam sobie, ażeby na terenie Wyszkowa były jakieś walki bratobójcze na tle różnic politycznych między podziemiem komunistycznym, a nami czyli Armią Krajową. Jakoś wszyscy rozumieli, że cały wysiłek należy skoncentrować na walce i przeciwstawieniu się wspólnemu wrogowi, którym byli wtedy Niemcy. W tym czasie zacząłem współpracę z podporucznikiem Wacławem Mrozem ps. „Gawron”. Był to jeden z najbardziej zaangażowanych ludzi w konspiracji i szkoda że zginął, bo brał udział we wszystkich akcjach na naszym terenie i wiele mógłby wnieść do naszej historii. Na jesieni 1941 r. przywieziono grupę jeńców sowieckich angażując ich do morderczej pracy przy budowie drogi i składu benzyny w odległości około 1,5 km za kościołem pod wezwaniem św. Jana. Więzieni byli w prowizorycznym obozie obok gajówki w Rybienku Leśnym, a do pracy pędzono ich przez most kolejowy, koło huty do budowanej benzynowni. Byli głodni i wycieńczeni, toteż szczególnie z pracy szli bardzo wolno, bici i maltretowani przez eskortę. W miarę możności organizowaliśmy dla nich pomoc żywnościową oraz papierosy, które ostrożnie przerzucał do obozu mój teść Karol Piórkowski – mieszkaniec Rybienka Leśnego. Niestety była to pomoc niewystarczająca i narażająca nas na niebezpieczeństwo. Jednego dnia podczas powrotu z pracy, naprzeciwko stacji kolejowej, jeńcy na komendę rozbiegli się i każdy szukał ratunku na własną rękę. Ucieczka była niezorganizowana i zaskoczyła okoliczną ludność. Toteż niewielu Sowietów zbiegło. Do pościgu zorganizowano wojsko i żandarmerię. Wszystkich złapanych bez wyjątku doprowadzano do ogrodu kolejowego i we wnękach przeciwlotniczych rozstrzeliwano. Liczby ofiar nie jestem w stanie określić. Sądząc po ilości strzałów Niemcy zamordowali jednak co najmniej 50 jeńców. W listopadzie 1941 roku w okolicach Olszanki zrzucono na spadochronach trzech skoczków. Po szczęśliwym lądowaniu odbył się szczegółowy, ale krótki przegląd odzieży i przygotowanie spadochroniarzy celem przystosowania ich do okupacyjnych warunków. Następnie cała trójka została sprawnie wywieziona w bezpieczne miejsce. Myślę, że nasz teren na zrzut był wybrany dlatego, że już w tym czasie byliśmy dobrze przygotowani do pracy konspiracyjnej i chyba był to jeden z pierwszych zrzutów w okupowanej Polsce. W latach 1940-1942 brałem udział w ubezpieczaniu transportów broni, amunicji oraz innego sprzętu wojskowego pobieranego w hucie szkła, pod bokiem wachty niemieckiej. Nasi koledzy z huty musieli Niemcom dobrze podlewać wódkę, żeby uśpić ich czujność. Wtedy otrzymaliśmy również powielacz, na którym drukowaliśmy u Zawadzkiego gazetkę konspiracyjną. Tytułu tej gazetki już nie pamiętam. Razem ze mną na powielaczu pracowali: Marian Strzelecki ps. „Morski”, Tadeusz Karp Jurek Zawadzki ps. „Konrad”.

    W połowie 1942 r. rozpoczęło się szkolenie podchorążych czasu wojny, które trwało ponad rok. Dowódcą grupy, w której szkolono mnie, był porucznik Suszycki ps. „Wierzba”. Szkolenie miało charakter wielozakresowy i dotyczyło między innymi: terenoznawstwa, walki w otwartym terenie, w lesie i w mieście, dowodzenia, musztry, znajomości obsługi, naprawy oraz konserwacji broni i wielu innych tematów. Jedną z grup podchorążych szkolił podporucznik Wacław Mróz ps. „Gawron”. Nie wszystkich słuchaczy pamiętam, ale wymienię tych podchorążych, którzy w dalszej pracy konspiracyjnej wykazali się dużą aktywnością i wraz z którymi brałem udział w różnych akcjach: Tadeusz Piątkowski, Sławek Rytel ps. „Sław”, Radosław Rytel ps. „Radek” vel „Radzik”, Marian Strzelecki ps. „Morski”, Giziński, Zenon Miatkowski, Jerzy Uziębło, Andrzej Wolski ps. „Jur” i wielu innych, których nazwisk i pseudonimów już nie pamiętam. Na zakończenie odbył się egzamin elewów w gospodarstwie podchorążego Gizińskiego pod lasem leszczydolskim. Egzamin przeprowadził dowódca Obwodu w stopniu majora (nazwiska już nie pamiętam) w asyście porucznika „Wierzby” i podporucznika „Gawrona”. Otrzymałem pisemną nominację na kaprala podchorążego. Zakopałem ją potem i niestety źle zabezpieczony papier zbutwiał w ziemi. W tym czasie zostałem zarejestrowany w „Arbeitsamcie” jako szklarz z trzydziestoprocentowym inwalidztwem z wypadku w pracy, o czym wspomniałem na początku. Pozwoliło mi to rozpracować następujące niemieckie placówki, gdzie szedłem kierowany przez „Arbeitsamt”:

    1.WAR 22” – Wojskowy posterunek obserwacyjny meldujący o przelocie samolotów, znajdujący się koło majątku „Rybienko”. Był to silnie uzbrojony i dobrze zorganizowany posterunek zrobiony w wykopie ziemnym, wewnątrz z barakiem mieszkalnym, załogą około 20 ludzi i bronią maszynową. Posiadał radiostację o napędzie nożnym, telefon oraz niską wieżyczkę obserwacyjną podzieloną na sektory, w której bez przerwy dyżurowało 2 Niemców.

    2. Umocnioną kwaterę i bazę wypadową wojskowej straży leśnej mieszczącą się w byłej willi Siewierskiego, po wojnie był tam „Orbis” w Rybienku Leśnym. Załoga liczyła około 30 ludzi bardzo dobrze uzbrojonych. Budynek był przygotowany do odparcia nawet silnego natarcia.

    3. Rozpracowałem również „Bazę benzynową”, za kościołem pod wezwaniem św. Jana.

    Powyższe rozpracowania wykonałem samorzutnie wykorzystując skierowanie przez „Arbeitsamt”.

    4. Na rozkaz porucznika ps. „Brzoza” wykonałem rozpoznanie stanu płyty, a właściwie pola byłego lotniska polowego pod Rybnem, aby wykorzystać go dla celów konspiracji (desant, lądowanie, zrzut) oraz sprawdziłem możliwości obrony przyczółka mostu kolejowego w rejonie stacji Rybienko.

    Po wykonaniu tych zadań otrzymałem nominację na zastępcę dowódcy plutonu w Wyszkowie. Dowódcą był podporucznik Zenon Strześniewski ps. „Vis”. Dowódcą I drużyny był kapral Marian Szulc ps. „Gryszczyk” – obejmowała ona rejon ulicy Pułtuskiej. Dowódcy II drużyny nie pamiętam z nazwiska. Jej rejonem była ul. Świętojańska. III drużyna obejmowała teren ulicy Białostockiej. Ogólny podział był wówczas następujący: należeliśmy do Obwodu „Wilcza” – „Rajski Ptak”. Komendantem Obwodu był kapitan ps. „Jog”. Naszym Ośrodkiem III dowodził porucznik „Brzoza”, adiutantem Ośrodka III był podporucznik Wacław Śliwowski ps. „Palmir”. Wyszków był placówką XV. Dowodził nią porucznik Mirosław Wyszyński ps. „Dołhun”. Placówką Kamieńczyk dowodził chorąży Franciszek Kaczmarek ps. „Herman”, placówką Leszczydół podporucznik ps. „Mak”, placówką w Olszance podporucznik ps. „Strzemię”. Nie wiem, kto dowodził placówką w Pniewie. Tam urzędował oficer zrzutowy Obwodu porucznik Edward Jakubiak ps. „Żyłka”. Obwód posiadał szpital polowy Loretto koło Kamieńczyka. Lekarzem był porucznik Konstanty Ślidziewski ps. „Lustański”.

    W lasach koło Wyszkowa odbywały się wszelkie ćwiczenia oddziałów warszawskich, w tym „Szarych Szeregów” (bataliony: „Parasol i „Zośka”). Przy końcu wiosny 1943 roku odbyła się koncentracja warszawskich oddziałów konspiracyjnych o nazwie Uderzeniowe Bataliony Kadrowe, które następnie wymaszerowały w kierunku południowo-wschodnim. Koncentracja tych oddziałów odbywała się w lasach koło Dalekiego bez zachowania należytej ostrożności, z zastosowaniem transportu kolejowego i samochodowego, i myślę, że bez porozumienia z naszym dowództwem. Ściągnęło to uwagę Niemców na nasz rejon. Pierwszym tego zwiastunem była obława koło mostu kolejowego, na którym zatrzymano pociąg z Warszawy. W jednym z wagonów były nasze łączniczki wiozące prasę konspiracyjną. Jadący w tym samym przedziale podporucznik „Wróbel” wyrzucił paczkę do Bugu. Niestety Niemcy paczkę wyłowili, a ponieważ ppor. „Wróbel” wziął to na siebie, został aresztowany i po przesłuchaniu zastrzelony. W sprawę tę byli wmieszani Stanisław Szulc Chmielewski. Jako „spaleni” usunęli się ze swoich miejsc zamieszkania. Żandarmi, którzy przyjechali do Rybienka Leśnego, ażeby aresztować Szulca, w mieszkaniu zastali jego kuzyna. Zapytali czy Szulc, a otrzymawszy odpowiedź twierdzącą, pobili go i następnie zamordowali w lesie. W Pasiekach aresztowano wielu mężczyzn wyciągając ich z pociągu. Większość zamordowano przy barakach na stacji kolejowej. W Latoszku wykryli żandarmi grupę komunistycznej Gwardii Ludowej. Kilka osób zginęło, kilku udało się zbiec i uratować. Dom razem z zabitymi GL-owcami Niemcy spalili. Szczegółów tej sprawy nie znam. W sierpniu roku 1943 oddział „Szarych Szeregów” pod dowództwem Tadeusza Zawadzkiego ps. „Zośka dokonał udanej akcji na strażnicę pograniczników w Sieczychach. Niemcy ponieśli duże straty, niestety „Zośka” zginął. W akcji tej brali również udział wyszkowiacy: Radosław Rytel ps. „Radek” vel „Radzik”, Andrzej Wolski ps. „Jur”, Jerzy Uziębło, Zenek Miatkowski, Jurek Zawadzki ps. „Konrad”, podporucznik Wacław Mróz ps. „Gawron” i inni. Część oddziału wyszkowskiego ubezpieczała akcję.

    W tym czasie istniały już dwa leśne oddziały partyzanckie. Jeden pod dowództwem podporucznika Kajetana Fijałkowskiego ps. „Rafał” należał do naszego Obwodu i operował przeważnie po lewej stronie Bugu. Drugi pod dowództwem niejakiego „Tatara” należał w zasadzie do Obwodu Ostrów Mazowiecka, ale często działał w rejonie na północ i wschód od Wyszkowa. W oddziale tym walczyli również wyszkowiacy. Do oddziału tego, na skutek porozumienia i rozkazu, przydzieliłem podchorążego Mariana Strzeleckiego ps. „Morski”, który pełnił tam funkcję płatnika. Ażeby łatwiej i bezpieczniej mógł pełnić swoje funkcje, został oficjalnie zatrudniony jako instruktor pszczelarstwa na teren Ostrowa Mazowieckiej i powiatu. Ja natomiast otrzymałem przydzielonego mi plutonowego ps. „Motyl”, z którym rozpocząłem szkolenie dla podoficerów naszego Ośrodka. Jesienią 1943 roku oddział pod dowództwem podporucznika Wacława Mroza ps. Gawron” zniszczył urządzenia mleczarni w Browarze Wyszkowskim. W 1943 r. odbyła się koncentracja w lasach koło Skuszewa. Otrzymaliśmy broń i oddział wyruszył przez Fidest i Gać pod Urle. Podczas marszu dołączył do nas chorąży „Herman” ze swoją grupą z Kamieńczyka, a w gajówce oddział leśny „Rafała”. Ubezpieczenie w marszu oprócz mnie stanowili: Leon Janikowski ps. „Ewa” i Sławek Rytel ps. „Sław”. Cały oddział liczył około 80 ludzi. Zatrzymaliśmy się w gajówce na cały dzień. Na miejscu

    przeprowadziliśmy ćwiczenia z użyciem butelek z płynem zapalającym. Dowiedzieliśmy się, że akcja będzie dotyczyła ostrzelania pociągu urlopowego jadącego z frontu wschodniego w miejscu koło przejazdu do Urli. Po zapadnięciu ciemności oddział wyruszył na miejsce akcji. Przy torze spotkaliśmy się z oddziałem, który przybył z Tłuszcza i obsadził drugą stronę toru. Akcją dowodził komendant Obwodu kapitan „Jog”, który wydał mi rozkaz opanowania domku dróżnika. Obsadziłem go dwoma żołnierzami: „Konradem” – Jurek Zawadzki i „Krawczykiem” – Cząstkiewicz, z poleceniami: dopilnowania dróżnika, ażeby nas nie zdekonspirował, a po akcji zniszczenia telefonu. Zameldowałem dowódcy o wykonaniu rozkazu. „Herman” podłożył materiały wybuchowe. Oddział wycofał się, a broń została na stanowiskach. Z naszej strony posiadaliśmy 3 ręczne karabiny maszynowe. Z oficerów zauważyłem: porucznika Leśniewskiego ps. „Luśnia”, porucznika „Brzozę” i porucznika Ślidziewskiego ps. „Lustański”. Podporucznik „Gawron” był dowódcą naszej grupy, a oddziału leśnego podporucznik „Rafał”. Na znak dany latarką przez kapitana „Joga” akcja miała się rozpocząć, a zakończyć wystrzeleniem rakiety. Po naszym wycofaniu się miał wejść do akcji porucznik „Brzoza” znajdujący się po drugiej stronie toru. Akcja rozpoczęła się zgodnie z planem. Po wybuchu pociąg stanął. Część wagonów wyskoczyła z szyn. Oddział dobiegł do stanowisk i otworzył ogień z posiadanej broni. Cały pociąg miał wygaszone światła i za wyjątkiem strzałów pistoletowych oddanych z parowozu nikt nie odpowiadał ogniem. Pociąg obrzucono granatami obronnymi, granatami produkcji angielskiej (gamonami) i butelkami z płynem zapalającym, z których duża część nie doleciała do celu. Po ukazaniu się rakiety, oddział nasz się wycofał. Pozostał podporucznik „Rafał ze swoją grupą i porucznik „Brzoza” z oddziałem. Po naszym odejściu jeszcze przez około pół godziny słychać było strzelaninę. Wróciliśmy pod Skuszew, gdzie każdy oddał swoją broń, otrzymując z powrotem dokumenty. Strat własnych nie było. Przeprawiłem się łódką koło Kostrzewy pod Kamieńczykiem. Z meldunków jakie napłynęły stwierdzono, że ruch kolejowy na tej trasie był przerwany około 1,5 doby. Zniszczono całkowicie trzy wagony. Niemcy musieli ponieść duże straty, ponieważ przysłany pociąg sanitarny odjechał z Tłuszcza dopiero około południa. Represji niemieckich w okolicy nie stwierdzono. Oprócz wymienionych w akcji brali udział także: plutonowy Tadeusz Piątkowski, kapral „Gryszczyk” – Marian Szulc, wszyscy bracia Rytlowie, podporucznik Stelmaszczyk, podchorązowie: „Jur” – Wolski Andrzej, Uziębło Jerzy, Miatkowski Zenon, szeregowy „Orsza” – Urszulak, „Zwierzątko” – Zawiejski, kapral „Bączek” – Tadeusz Balcerkiewicz i inni. Których nazwisk i pseudonimów już nie pamiętam.

    W kilka dni po naszej akcji prawie w tym samym miejscu przeprowadzili podobne uderzenie na pociąg żołnierze „Szarych Szeregów” z Warszawy. Niemcy po raz drugi ponieśli duże straty. Niestety dwóch warszawiaków żandarmeria przypadkowo aresztowała na stacji w Wyszkowie. Jeden z nich zginął podczas ucieczki, drugi został zamordowany na posterunku żandarmerii. Żandarmeria aresztowała także pułkownika Bilińskiego, który został zamordowany w lesie podczas transportu do Ostrowa Mazowieckiej.

    W kwietniu 1944 roku ubezpieczaliśmy (grupa z Wyszkowa) pod Kamieńczykiem zrzut broni, amunicji oraz medykamentów. Wcześniej, bo w marcu tego roku, nastąpiły aresztowania na naszym terenie. Niemcy schwytali między innymi podporucznika Zenona Strześniewskiego ps. „Vis” i Jana Wiernickiego. Zostali oni wywiezieni do Ostrowa Mazowieckiej. Przewidywano, że aresztowanych Gestapo z Ostrowa przewiezie do Warszawy. Urządzona zasadzka w celu odbicia aresztowanych kolegów pod dowództwem podporucznika „Rafała” nie dała rezultatu. Natomiast zlikwidowano dwóch kierowników „Arbeitsamtu”: z Ostrowa Mazowieckiej i Wyszkowa oraz kierowcę. Samochód spalono, zdobyto 1 pistolet maszynowy MP 40 popularnie zwany „Schmeisser”. Większa część aresztowanych została po pewnym czasie zwolniona. Przyczyna ich aresztowania jest mi nieznana.

    W kwietniu lub na początku maja 1944 r. miała miejsce zbiórka w lesie koło Skuszewa. Było nas wszystkich około 30. W tym cały kurs podoficerski. O godzinie 22.00 przywieźli broń. Była ona zanieczyszczona piaskiem. Chłopcy z kursu zwrócili się do mnie, że otrzymali zacinający się ręczny karabin maszynowy „Bren” produkcji angielskiej. Przekonałem się wtedy, że jednak ćwiczenie w rozbieraniu i składaniu broni z zawiązanymi oczami było w praktyce bardzo potrzebne. Kazałem zdjąć „Konradowi” płaszcz i w kilka minut doprowadziłem „Brena” do porządku. Uzbrojenie oddziału było dobre: trzy ręczne karabiny maszynowe, pistolety maszynowe i karabiny. Dowódcą akcji był podporucznik „Budzyń”. Szliśmy przez Fidest i Gać. Ubezpieczenie w marszu jak zawsze tworzyli ci sami ludzie: „Ewa”, „Sław” i „Koniczyna”, czyli ja Eugeniusz Kur. Sforsowaliśmy o świcie tor kolejowy i w pobliżu szosy, w zagajniku zatrzymaliśmy się. Dołączył do nas porucznik „Wierzba” – Tadeusz Suszycki. Zapoznał nas z zadaniem. Mieliśmy rozbroić posterunek policji granatowej przy gorzelni w Szczawnicy koło Tłuszcza i zabrać spirytus. Zostaliśmy podzieleni na trzy grupy: I atakowała budynek i rozbrajała policjantów – dowódca podporucznik Wacław Mróz ps. „Gawron”, II grupa ubezpieczała budynek, w którym mieścił się posterunek – dowódcą byłem ja kapral podchoraży Eugeniusz Kur ps. „Koniczyna”, III grupa ubezpieczała cały teren akcji od zewnątrz. W tej grupie były nasze wszystkie ręczne karabiny maszynowe. Jej zadanie – wszystkich do wewnątrz wpuszczać, nikogo nie wypuszczać. Dowódcy nie pamiętam, wydaje mi się, że był nim plutonowy podchorąży Tadeusz Piątkowski. Wszystko było jasne, czekaliśmy na samochody ciężarowe z Warszawy. Całością dowodził podporucznik „Budzyń”. Wydawał kolejne rozkazy. Po wykonania zadania mieliśmy za pośrednictwem gońca zawiadomić o tym porucznika „Wierzbę”, który stacjonował w pobliskim zagajniku. Było około 9.00 rano. Nadjechały cztery ciężarówki z beczkami. Zasłoniliśmy numery samochodów szmatami. Grupami zajęliśmy miejsca w samochodach. Ruszyliśmy. Przed wjazdem do majątku zobaczyliśmy policjanta usiłującego się wycofać do budynku. Samochody stanęły. Policjant nie zdążył. Stał z podniesionymi rękami pod ścianą. Pierwsza grupa zeskoczyła i dobiegła do drzwi posterunku. Były zamknięte, co nie zgadzało się z ustaleniami naszego wywiadu. „Ewa” odnalazł następne drzwi i jako pierwszy wpadł na posterunek. Ja ubezpieczałem budynek od zewnątrz, rozbroiłem policjanta i wszedłem na posterunek. Policjanci, w sile około 10 ludzi, byli zaskoczeni. Pili wódkę i grali w karty. Zostali rozbrojeni szybko i bez oporu. Stwierdziłem, że mój pistolet maszynowy „Sten” w tej sytuacji był niepotrzebny i wycofałem się na zewnątrz. W międzyczasie został ubezpieczony cały obiekt. Pod nadzorem naszych ludzi nastąpiło napełnienie beczek spirytusem i ładowanie ich na ciężarówki. Dowiadzieliśmy się, że kilkanaście minut wcześniej był i wyjechał samochodem „treuhender” majątków, Niemiec Gietke. Z żalem stwierdziliśmy, że miała swołocz szczęście, bo wyrok śmierci już na niego był od dawna. Wsławił się on okrucieństwem w majątku Rybienko i Kręgi.

    Załadunek trwał do godz. 16-17. W tym czasie przyjeżdżali do majątku interesanci, których oczywiście wpuszczano, gdzie musieli pozostać do zakończenia akcji. Skorzystali z okazji i zdrowo popili. W majątku wystawiono listy przewozowe. Jako konwojent z naszej grupy, do Warszawy z transportem pojechał kapral ps. „Bączek” – Balcerkiewicz. Zabrano około 12, może nawet 15 tysięcy litrów spirytusu. Do pobliskiego lasu wycofaliśmy się zatrzymanymi furmankami. Przypominało to jakiś kulig, ponieważ pijani furmani próbowali robić wyścigi. W lesie ich zwolniono. Podeszliśmy pod tory. W tym czasie jechał transport Niemców na wschód, któryś z nich grał na harmonii. Po przejechaniu pociągu, przekroczyliśmy tory i podmokłymi torfowiskami i lasami dotarliśmy pod Skuszew. Tam nastąpiło zdanie broni, zwrot dokumentów i powrót do miejsc zamieszkania. W akcji oprócz wymienionych, brali udział z tych co pamiętam: plutonowy „Motyl”, kapral „WerbelPiotr Pet, kapral „Gryszczyk” – Marian Szulc, „Konrad” – Jerzy Zawadzki, „Orsza” – Urszulak, „Zwierzątko” – Zawiejski, „Sęp” – Stanisław Biernacki i inni. Przed wymienioną akcją dostałem dość dziwne polecenie – zlikwidować dwa psy z majątku Kręgi, właścicielem których był „treuhender” Gietke. Psy były nie mniej „wściekłe” co ich właściciel. Pogryzły przechodzącą tam dziewczynę, która na skutek ran zmarła. Poza tym w rejonie tym przeprawiały się przez Bug nasze oddziały. Psy wtedy podnosiły alarm. Rozkaz był wyraźny i, mimo niechęci do takich zadań, przygotowałem mięso ze strychniną, którą otrzymałem od „Ewy” – Leona Junikowskiego i poleciłem podrzucić w odpowiednim miejscu. Strychniny było tyle, że można było nią struć kompanię Niemców. Jeden z psów wziął trutkę i zdechł. Drugiego zlikwidował oddział przeprawiający się przez Bug, idący na akcję w Szczawnicy.

    Wyszków był punktem przerzutowym materiałów konspiracyjnych na ziemie, które znajdowały się już w granicach Rzeszy. Przerzuty następowały koleją do Ostrołęki przez kolejarzy działających w konspiracji. W kwietniu 1944 roku zgłosił się do mnie naczelnik stacji i zameldował, że przerzuty są zagrożone, ponieważ pracujący na stacji volksdeutsch Lenk (stary człowiek) widział załadunek prasy konspiracyjnej do parowozu i odgrażał się, że zamelduje o tym żandarmom. Sprawa była poważna. Złożyłem meldunek. Jednocześnie rozpocząłem pracę nad tym, w jaki sposób wyeliminować Lenka i przygotowałem ewentualny plan akcji. Niestety oddział likwidacyjny wykonał zadanie bez porozumienia ze mną. Lenka zastrzelono, ale grupa naszych wycofując się natknęła się w osiedlu hutników na Niemców. Wywiązała się strzelanina, oddział się wycofał. Niemcy w odwet spalili jeden z domów i aresztowali dwie osoby, z których jedna zginęła w obozie koncentracyjnym.

    Przy tej okazji muszę dodać, że praca konspiracyjna kolejarzy i pracowników poczty, gdzie były kontrolowane podejrzane listy i przesyłki, adresowane szczególnie na żandarmerię i policję, powinna mieć opracowaną swoją historię ze względu na znaczący udział w konspiracji Wyszkowa. Duży wkład w pracę wywiadowczą oraz obserwacyjną mieli kaprale: „Gryszczyk” i „Werbel”, którzy zawsze byli na wezwanie i ofiarnie wykonywali powierzone im zadania. W rejonie Wyszkowa odbywały się często zrzuty broni, narzędzi chirurgicznych, mundurów i ludzi, tak zwanych „Cichociemnych”. Rejon był dobrze zorganizowany od początków konspiracji, czego dowodził zrzut ludzi już w początku listopada 1941 r., Tu podobno był zrzucony między innymi słynny partyzant Kielecczyzny Jan Piwnik ps. „Ponury”. Oficerem zrzutowym na naszym terenie był prawdopodobnie także skoczek spadochronowy porucznik Edward Jakubiak ps. „Żyłka” – miał on swoje miejsce postoju w Pniewie.

    Niemcy zdawali sobie sprawę z tego, że odbywają się u nas zrzuty ludzi oraz sprzętu i intensywnie penetrowali teren. Na jesieni 1943 r. i wiosną 1944 r. po terenie buszowała grupa kobiet, szefem której był Polak, kolaborant, nazywany „Marszałkiem”. Kobiety te pod pretekstem sprzedaży różnych atrakcyjnych towarów, wędrowały od wsi do wsi. Zatrzymywały się na noclegi u różnych gospodarzy, mówiły że niby boją się godziny policyjnej. Uzyskawszy zgodę na nocleg, wyciągały wódkę i języki się rozwiązywały. Stosunkowo wcześnie wpadliśmy na ślad ich grupy. Jednakże likwidacja nie była sprawą prostą i łatwą, zważywszy, że przecież nie mogliśmy ich ścigać jawnie. Grupa przerzucała się w różne rejony. W obserwację tych kobiet wciągnięto wielu ludzi. Oddział pod dowództwem podporucznika „Gawrona” – Wacka Mroza był w ciągłym pogotowiu. Wreszcie otrzymaliśmy konkretny meldunek, że „Marszałek” z jakąś Janicką pochodzącą z Pułtuska jest na żandarmerii i wyjeżdża motorem do Pułtuska. Podporucznik „Gawron” z „Orszą” i „Bonalskim” wyruszyli na szosę pułtuską w celu zrobienia zasadzki. Akcję ubezpieczali: „Werbel”, „Gryszczyk”, który rozpracowywał „Marszałka”, oraz ja. Jeszcze „Gawron” nie zdążył przygotować nas do akcji, jak nadjechał motorem „Marszałek” z Janicką. Spostrzegli wybiegającą na szosę naszą grupę. Janicka wyciągnęła pistolet P08 Parabellum z kieszeni swojego szefa i dała mu go do ręki. Następnie zeskoczyła z tylnego siedzenia i zaczęła uciekać w stronę miasta. „Marszałek” próbował zawrócić, co mu się nie udało. Motocykl upadł, a „Marszałek cofając się od pryzmy do pryzmy kamieni ostrzeliwał się. „Gawron” skokami, od wierzby do wierzby, przybliżał się do „Marszałka” posyłając w jego kierunku ze „Stena” krótkie serie. W pewnym momencie pazur zamka parabelki podniósł się do góry i nie załadował. Skończyła się amunicja w magazynku. „Gawron wykorzystał ten moment i z bliskiej odległości zlikwidował „Marszałka”. Zabrał jego pistolet. Podpaliliśmy motor. Następnie szybko wycofaliśmy się w stronę Olszanki, ponieważ na skutek alarmu nadciągała niemiecka żandarmerii ze spóźnioną pomocą. Niestety, Niemcy musieli mieć już dużo danych o nas. Nastąpiła obława w Pniewie. W walce zginął porucznik „Żyłka”, oficer zrzutowy. Aresztowano wiele osób, między innymi dowódcę placówki Olszanka podporucznika o pseudonimie „Strzemię”, a w Mystkówcu Niemcy zlikwidowali magazyn broni zrzutowej.

    Do Wyszkowa przybył nowy komendant żandarmerii. Dał się od razu poznać ze złej strony. Kazał rozstrzelać dużą grupę Polaków w lesie pomiędzy Skuszewem a Rybienkiem. Było to nad ranem. Wywożono ich samochodem ciężarowym w grupach po kilkanaście osób. Przed i za jechała eskorta żandarmów odkrytymi samochodami. Kilka minut po przejeździe przez most rozlegały się serie z pistoletów maszynowych. Samochody obracały trzykrotnie. Obserwowałem to z szopy swojego podwórza przy ulicy Świętojańskiej 2. Chodziły pogłoski, że dwóm więźniom udało się zbiec. Byli ranni i mieli otrzymać pomoc ze Skuszewa. Jednym z nich był Morka mieszkający poza Wyszkowem. Wszyscy aresztowani byli w Pasiekach i przywiezieni na posterunek żandarmerii w Wyszkowie. W tym czasie żandarmi próbowali złapać działacza komunistycznego Szymanika. Obława się nie udała. Szymanik co prawda został ranny, ale zbiegł i ukrywał się u Sadkiewicza koło browaru. Tam otrzymał pierwszą pomoc z AK. Żandarmi spalili zabudowania Szymanika. Zaczęliśmy nalegać, żeby wydano rozkaz likwidacji komendanta. Zapadł wyrok. Jednakże nie była to sprawa prosta, ponieważ pokazywał się on publicznie zawsze w asyście eskorty. Jeździł tylko samochodem zawsze siedząc przy kierowcy. Wreszcie dowiedzieliśmy się, że będzie jechał do Warszawy pociągiem. Na stacji kolejowej w Wyszkowie stwierdziliśmy, że wsiadł do wagonu dla Niemców. W grupie wypadowej byli z tych co pamiętam: „Sław” – Sławek Rytel, kapral „Werbel - Piotr Pet i „Orsza” – Urszulak. Akcję wyznaczono w Mostówce, żeby nie spowodować represji w Wyszkowie. Na stacji w Mostówce ktoś z naszych otworzył drzwi przedziału, do którego wsiadł poszukiwany żandarm. „Sław stwierdził, że przedział jest zajęty, wrzucił więc granat obronny do środka. Podczas wybuchu sam został ranny. Jednakże wszystkim udało się szczęśliwie wycofać do lasu. Na skutek wybuchu zginął obcy żandarm i jakaś Niemka. Akcja się nie powiodła, ponieważ komendant przezornie przeszedł do innego przedziału. Rannego omyłkowo przewieziono zamiast do naszego szpitala Loretto, do sióstr zakonnych na Fiszorze. Po wielkiej konsternacji i na skutek osobistej interwencji Karola Piórkowskiego, siostry udzieliły pierwszej pomocy, po czym rannego przewieziono we właściwe miejsce.

    Wiosną roku 1944 zostali aresztowani w restauracji Rytla dwaj byli podoficerowie 13 pułku piechoty: starszy sierżant JaszczukZakrzewski (względnie Klemczuk). Kaprale „Gryszczyk” i „Werbel” osobiście zaobserwowali, że aresztowanie nastąpiło na skutek donosu znajdujących się w restauracji dwóch konfidentów. Rozpoczęliśmy ich obserwację, która potwierdziła nasze podejrzenia w całej rozciągłości. Mieli oni stały kontakt z żandarmerią w Ostrowie Mazowieckiej. Zapadł wyrok. Sekcja likwidacyjna pod dowództwem podporucznika „Gawrona” przeprawiła się przez Bug w okolicy Kamieńczyka i dotarła do Trzcianki, gdzie zamieszkiwali konfidenci. Zastano ich przy pijaństwie. Wyrok został wykonany. Odebrane im dokumenty potwierdziły współpracę z Gestapo. Jeden z nich był wysiedleńcem z poznańskiego, już dziś nie pamiętam nazwiska, drugi nazywał się Dana.

    W tym okresie intensywnej działalności podziemnej zostałem zdekonspirowany. Ukrywałem się w Warszawie. Przy końcu lipca przyjechałem do Wyszkowa ostatnim kursującym na tej linii pociągiem. Stało się tak dlatego, że na skutek przerwania linii frontu przez Armię Sowiecką Niemcy uciekali w popłochu, a wraz z nimi żandarmi. W tej sytuacji żona zawiadomiła mnie, że mogę już wrócić do Wyszkowa. Niestety wrócili po chwilowej panice również niemieccy żandarmi. Musiałem się ukrywać w przygotowanym przy domu schronie. W pierwszych dniach sierpnia 1944 roku w ramach akcji „Burza” nastąpiła częściowa mobilizacja oddziałów Armii Krajowej. Nasze zgrupowanie liczyło około 250 ludzi. Dowódcą całego zgrupowania był porucznik „Dołhun” – Mirosław Wyszyński. Jedną z kompanii dowodził podporucznik „Budzyń”. Dowódcami plutonów w jego oddziale byli: podporucznik „Gawron”, starszy sierżant „Jagiełło” i chorąży „Herman”. Stoczyliśmy szereg starć z Niemcami. Oto jedno z nich. Między Wyszkowem i Tłuszczem kursował niemiecki pociąg pancerny. Dostaliśmy zadanie: wysadzić most za Jarzębią Górką, w celu unieruchomienia pancerki. Dnia 2 sierpnia 1944 r. zginął podporucznik „Gawron” w następujących okolicznościach. Nasza kompania stacjonowała w majątku. Nastał świt. Słychać z lasu zbliżające się czołgi. Należało nawiązać łączność, bo nikt nie wątpił, że były to czołgi sowieckie. Wyszli naprzeciw podporucznik „Gawron” i „Ewa” (Leon Junikowski). Czołgi były raptem dwa. Nasi podeszli do pierwszego. „Ewa” znał rosyjski. Uchylił się właz. „Ewa” urwał w pół zdania rosyjskiego, bo rozpoznał okulary. Tego typu okularów Sowieci nie nosili. Rozległo się pytanie: „Was?”. Obaj AK-owcy zorientowali się, że to pomyłka. Pobiegli w kierunku bramy. Usłyszeliśmy serię z karabinu maszynowego. „Gawron” padł, „Ewie” udało się uciec. Chyba dlatego, że miał sztywną nogę i biegł nietypowo. Czołgi również się wycofały. Były one z pociągu pancernego Niemców. Nasz oddział wycofał się, zadania nie wykonał bo nie udało się nam nawiązać kontaktu z Armią Czerwoną i unieszkodliwić pociągu pancernego. Pod wsią Gać w dniu 4 sierpnia 1944 r. zginął w potyczce kapral „Twardy”. Niemcy ponieśli również straty. W dniu 5 sierpnia 1944 r. zgrupowanie w okolicach Julina zostało rozwiązane. Nasilenie niemieckich oddziałów pancernych było w tym rejonie tak wielkie, że zgrupowanie mogło być w każdej chwili zlikwidowane. Każdy na swoją rękę wracał w rodzinne progi. Niemcy wysiedlili mieszkańców Wyszkowa, ponieważ na Bugu stanął front. Początkowo z rodziną poszedłem na Ochódno, a następnie wróciłem i ukryłem się w swoim schronie. W pierwszych dniach września Wyszków został wyzwolony. Niemcy uciekli w popłochu. Zginęło ich masę. Kilku zabitych leżało nad strugą. Kilku innych zabitych i częściowo spalonych wraz z samochodem leżało obok budynku spalonej apteki Jankowskiego na ulicy Pułtuskiej. Pierwszy sowiecki czołg wjechał z ulicy Białoruskiej na rynek i ulicę Pułtuską. Sowiecki żołnierz nawoływał: „Palaki, wychoditie, wy oswobożdżeni”, ale niewielu mogło wyjść, bo i niewielu było w mieście.

    W dniu 12 września 1944 r. byłem już w Lublinie jako żołnierz II Armii Wojska Polskiego, ale to już inna historia niedotycząca bezpośrednio Wyszkowa. Należy jeszcze podać, że w maju lub czerwcu 1944 r. w drodze na akcję pod Pniewem zginął „Zwierzątko” - Zawiejski. Był ranny i nie chcąc się dostać w ręce Niemców, rozerwał się granatem. Niestety Niemcy znaleźli przy jego zwłokach fotografie kolegów, co pociągnęło za sobą aresztowania dalszych kilku osób. „Orsza” – Urszulak zginął w walkach nad Nysą Łużycką będąc, tak jak i ja, żołnierzem II Armii Wojska Polskiego. Na początku pisałem o obserwacji ruchów wojsk niemieckich na front wschodni. Przypominam sobie, że w tej akcji brali również udział HelbrechtFibich, którzy mieli sklepy w dobrym punkcie do obserwacji. W późniejszym czasie obydwaj zostali aresztowani i zginęli w obozie koncentracyjnym.

    Stanisław Szulc zginął pod Tłuszczem podczas przypadkowego spotkania z żandarmami jadącymi podwodą w celach rekwizycyjnych na wieś.


    Kategoria: Pamiętniki, publicystyka, relacje, wspomnienia

    Tagi:

  • Komentarze: 3

    1. Wyszkowiak pisze:
      3 kwietnia 2013, o 11:58

      Opowieści wuja Misia… Coś tam widział, coś tam słyszał, ale ogólnie to dyrdymały i nieprawda. No chyba, że demencja starcza dała o sobie znać…


    2. Wyszkowianka pisze:
      30 września 2013, o 19:38

      Jestem wyszkowianką i znam te historie z pierwszej ręki więc nie wiem czy to dyrdymały czy demencja_ u Pana panie wyszkowiak ale nie sądzę żeby kilka osób mogło opowiadać tą samą historię!!! albo pan gówno wiesz albo udajesz że się znasz!!!!Ps.w jednej z tych akcji zginął mój wujek więc dalej pan uważasz że wyssane z palca ?!!!


    3. Wyszkowianka pisze:
      30 września 2013, o 19:41

      Myślę że to taki wyszkowiak który teraz o ,,swoje „się upomina i o akcjach AK nic nie wie!!!!:-)


    Dodaj komentarz