Woźny Grzegorz – Język w stanie podejrzenia. Część 4. Człowiek to nie jest piękne zwierzę ▪ Barbara Elmanowska

Opublikowano: 4 lipca 2015, Odsłon: 1 388
  • grzegorz_wozny_002 Jestem kobietą z krwi i kości, co nie zmienia faktu, że już od dzieciństwa obserwuję dojrzewającego we mnie równolegle chłopca. Takie rzeczy podobno się kobietom zdarzają. Młodzieniec ten zresztą wyrósł już na mężczyznę i to nie byle jakiego, bo dosyć staroświeckiego, chwilami szarmanckiego. Piszę o tym, bo w „Nicie” Grzegorza Woźnego kwestia zdaje się być z gruntu damsko-męska, a sam autor podkreśla, że pierwsi odbiorcy bardzo szybko podzielili się na dwa obozy. O podziale zadecydowała płeć i związany z nią rodzaj wrażliwości. W lewym narożniku nadwątlona już z lekka lekturą, krucha kobieta, jakaś urażona, zbyt delikatna na tę walkę. W prawym mężczyzna – wiadomo – twardy i bez złudzeń, znający świat, życie, zasady organizujące. Nie wiedzieć, czemu, oboje przegrywają. Do czego zmierzam w tym pokrętnym wywodzie? Zarówno ja, jak i moje męskie alter ego zgodnie stwierdzamy, że „Nit” godzi przede wszystkim w człowieka.

    grzegorz_wozny_001 Zanim przejdę jednak do trudnej argumentacji i trudnych nawiązań, jeszcze tylko krótka wycieczka w przeszłość literacką autora. Tak ze względów sentymentalnych. Grzegorz Woźny dał się poznać szerszej publiczności głównie jako poeta. Poezja zgromadzona w dwóch tomach: „Każda godzina zdatna do picia” (SPP, Wrocław 1999) oraz „Landszaft. Wiersze z lat 1999-2009” (Mamiko, Nowa Ruda 2010) sprawia wiele przyjemności. Oceniana jako lingwistyczna. W tle często pobrzmiewa Tymoteusz Karpowicz. O ile jednak Karpowicza czytać nie potrafię, po Woźnego sięgam dosyć często i z nieukrywaną przyjemnością. Wersy te są pochwałą codzienności. Odnajduję w nich te wszystkie zgubione kromki chleba, ławki, ciche rozmowy, ludzkie nastroje piękne w swej nieukrywanej prostocie. To nie wszystko. W wierszach tych jest szczególny rytm i melodia. Co prawda, dosyć sceptycznie patrzę na lingwizm przykładany do tego typu poezji. Nie będę wykorzystywać wytartych porównań batalistycznych, choć zapewne by nie zawiodły. Dla mnie to poezja poruszająca się w rytmie życia, codzienności, wreszcie w rytmie związku kobiety z mężczyzną.

    Cały ten świat zostaje zdegradowany w „Nicie”. Główny bohater, Bogdan Trzmiel, właśnie wraca do Polski z Birmingham. Wszystko jest jakieś bliskie i dalekie jednocześnie. Znane fragmenty Wrocławia, Świdnicy, znajome twarze i ludzkie zachowania, tęsknota za Polską, objawiająca się w pragnieniu tych naszych najgorszych zachowań. W Świdnicy czeka na bohatera kobieta. Tu zaczyna się robić hermetycznie i dosyć duszno. Czytelnik zostaje wciągnięty w smutne i uciążliwe życie na małej przestrzeni, w codzienność zdominowaną przez fizjologię, tak skrupulatnie odnotowywaną przez głównego bohatera. Jego żona, Iwona, nie różni się zbytnio od pierwszego lepszego mebla w mieszkaniu. Problem z nią polega na tym, że zwykle zajmuje niewłaściwe miejsce, stąd zawadza, ogranicza ruchy Bogdana. Czasami też niestety za dużo mówi. I nie, znów nie będzie dużego kalibru, żadnego silenia się i wysługiwania feminizmem czy gender studies. Problem nie tkwi ani w kobiecości, ani w męskości. Nie trzeba metodologii, aby dostrzec, że oba pierwiastki są tu równie żałosne. Na pierwszym planie wciąż małe dzieci, zdemoralizowane przez współczesność, bez powodzenia podejmujące grę w życie, okaleczone zupełnym brakiem zrozumienia własnej seksualności. Wszystko w tym świecie jest przymusem. Czytelnikowi stale towarzyszy element obcości, przerażającej izolacji. Nieświadomość? Gdzieś w kącie oczywiście kryją się te pytania, czy kobiety rzeczywiście nie wiedzą? Czy mężczyźni naprawdę wierzą, że są aż tak chytrzy? Dlaczego kobiety nie odchodzą i wkładają tyle energii, aby podtrzymywać zwykłe złudzenia? Z pewnością niejedna czytelniczka, zgodnie z oczekiwaniem, zapyta, czy większość mężczyzn myśli w ten sposób? Przyjrzy się wówczas własnemu związkowi. Niejeden czytelnik ucieszy się, że w końcu na rynku ukazała się literatura prawdziwie „męska”, bo i „Playboy” już jakiś taki wygładzony, bez krwi, potu i spermy. A ja wciąż wierzę, że będą też tacy czytelnicy, którzy stwierdzą, że z tego Bogdana to – najmocniej przepraszam – prawdziwy kutas, do tego niedowartościowany i bez celu w życiu. Ciągłe miotanie się nie jest przecież „męskie”. Ten mężczyzna we mnie właśnie szepce mi do ucha, że „z tym całym Bogdanem Trzmielem to on by nawet w szatni męskiej po wygranym meczu kopanej, pogadać nie chciał”. No, ale dosyć tych wycieczek osobistych. Czas odnieść się do literatury polskiej i światowej. Podjęłam wiele prób. O ile w książce Woźnego jest obecny mężczyzna, kobiet nie ma w ogóle. Na nic zdają się próby porównań chociażby do Charlesa Bukowskiego, którego zresztą Bogdan czytuje. W tej z lekka pornograficznej prozie kobiety są i to bardzo wyraziste. Nieustannie ma się wrażenie, że jest to świat oglądany z dołu, jakby jakieś małe stworzenia zadzierały głowy i opisywały wszystko z tamtej perspektywy. Te małe stwory to mężczyźni, zawsze świadomi siły kobiet (nieświadomi tylko jej skali) i demonizmu, rozmiaru zniszczenia, jakie mogą wywołać w ich życiu. Mężczyźni u Bukowskiego są pod urokiem kobiet, zupełnie bezbronni nawet, jeśli w grę wchodzi jedynie seks. Cielesność kobiet ich uwodzi, obezwładnia. Popadają przez to w rozmaite tarapaty. U Woźnego główny bohater zawsze gardzi kobietą, gardzi drugim człowiekiem, a w rezultacie ma w pogardzie również samego siebie. O ile po lekturze Charlesa Bukowskiego czy Henry’ego Millera czytelnik jest w pewnym stopniu usatysfakcjonowany, zwłaszcza erotycznie, lektura „Nitu” pozostawia, BA!, porzuca w stanie upokorzenia, niesmaku i chronicznego niezaspokojenia. Czytając, nieustannie kołatało mi w głowie jedno zdanie, wyrwane z jakiegoś filmu, obejrzanego ostatnio w telewizji zupełnie przypadkiem, gdy główna bohaterka wypowiada następujące słowa: „Miałam zbyt wielu kochanków, a za mało seksu”. Wbrew pozorom zdanie jest logiczne. Bogdan Trzmiel zdaje mi się właśnie tego typu bohaterem, który ma zbyt wiele kochanek, lecz zdecydowanie bardzo mało seksu. Jałowość egzystencji jest być może bliższa prozie Marka Hłaski. Lecz u Hłaski przynajmniej mężczyźni trzymali się razem. Oby przeciw kobietom, których się bali. Bogdan jest sam.

    Myślałam również o bohaterze „Obcego” Alberta Camusa, lecz nawet egzystencjalizm dążył do poszukiwania rozwiązania. W „Nicie” poszukiwań brakuje. Bohater stwarza ten świat prymitywnym. Później go obserwuje, stwierdzając, że ten świat jest wyjątkowo prymitywny. Z tą wiedzą nic już jednak nie robi. Sprawnie maskuje cały mechanizm, dając upust toczącemu go nihilizmowi.

    Być może jedyną trafną analogią jest film Boba Rafelsona „Pięć łatwych utworów” z Jackiem Nicholsonem w roli głównej. W pewnym stopniu wskazanie na tę paralelę, łączy się z moją nieodłączną chęcią obalenia opozycji damsko-męskiej, jako klucza do lektury „Nitu”, wyjścia poza nią w stronę człowieka i dyskusji bardziej uniwersalnej. Film jest o tym, jak łatwo człowiek o pewnej inteligencji, lecz zupełnym braku dojrzałości, może się pogubić. O człowieku pozbawiającym się miejsca i tożsamości, myślącym, że życie i tak zrobi swoje, wciągnie go i zatrzyma. Pozostaną okoliczności, rzadko idealne czy chociażby akceptowalne, ale wówczas wystarczy się przystosować, a i narzekać można dowoli, bo przecież ten świat został mu narzucony. To również o tym, jak trudno w rzeczywistości odwrócić się od świata kultury i sztuki, gdy już raz się posmakowało, w stronę fizyczności oraz pozornych prostoty i prymitywizmu. Bohater wie, że ma potencjał, z którego jednak rezygnuje. Wybiera kobietę prostą, która spełnia jego wszystkie podstawowe potrzeby. Jego inteligencja w zestawieniu z głęboką niedojrzałością nie pozwala mu jednak jej szanować. Bezlitośnie obnaża jej głupotę i naiwność. Będąc wśród swojej rodziny, obnaża ich równie naiwne życie poświęcone muzyce i ciągłym ćwiczeniom. Degradując oba światy, stawia się w sytuacji bez wyjścia. Każdy świat i każdą sytuację można obnażyć, wskazać ich słabe punkty, tylko, czy naprawdę o to w życiu chodzi? A może, mówiąc kolokwialnie, trzeba wybrać, zaakceptować i zwyczajnie robić swoje? I wciąż nie wiadomo, czy łatwy utwór naprawdę wzrusza czy jedynie prowokuje do odegrania wzruszenia.

    Wolę się zatem zapobiegawczo usytuować na marginesie, bo bezpieczniej, a i w spokoju można się dalej przyglądać, nie oczekując jednocześnie zbyt wiele. Język „Nitu” jest na tyle agresywny i deprecjonujący, że odbiór świata przez czytelnika powinien być jednoznaczny. Wolałabym uniknąć narzucającego się stwierdzenia, że język jest prawdziwy, bo ten też jest zróżnicowany i zależy od tego, do której ściany się ucho przyłoży. Ten powieściowy z pewnością wciąga czytelnika i szczelnie zamyka wbrew jego woli. Nierzadko doprowadza do mdłości i klaustrofobii. Pewnym jest, że wartości upadają, a człowiek współczesny jest na tyle nierozsądny, że nie próbuje ich na nowo ustanawiać. Kolejny raz przekonuje mnie tytuł jednej z książek Barbary Skargi, że człowiek to nie jest piękne zwierzę. Niestety.


    Kategoria: Literatura

    Tagi: ,

  • Dodaj komentarz

    Dodaj komentarz