„Wiadomości Świdnickie” 1989-1990 ▪ Lucjan Momot

Opublikowano: 23 maja 2012, Odsłon: 2 134
  • Tygodnik powiatowy „Wiadomości Świdnickie” od jesieni roku 1992 prywatny organ biznesmena Jerzego Kubary, od czerwca 1994 roku pod naczelnym kierownictwem Andrzeja Dobkiewicza, w marcu 1995 roku świętował wydanie 300 numeru. Tyle bowiem numerów „” uzbierało się od dnia 29 lipca 1945 r., kiedy to zespół Stanisława Szellera wydrukował ich Nr 1. Na ten jubileusz złożyła się praca jedenastu redaktorów naczelnych i ich zespołów.

    Ówczesna (z roku 1995) redakcja „” zadbała dobierając odpowiednie teksty, żeby jakoś przybliżyć swoim czytelnikom dzieje czasopisma. Są więc „trudne początki” istnienia tygodnika w czasach Polski pod rządami komunistów i… „trudne początki”, którym „bohatersko sprostała” jesienią roku 1990 „słaba kobieta” – Beata Moskal-Słaniewska podnosząc z bruku świdnickiego „bezpańskie ”, by wywindować je w niebotyczne chmury i góry „sukcesu nie z tej ziemi!”. Dobrze byłoby, do nikogo nie miałbym pretensji i żalu, gdyby w tym uroczystym wspomnieniu jakoś dziwnie nie „zapomniano” (celowo czy przypadkowo?) o rzeczywiście „trudnym początku” zespołu redakcyjnego zapaleńców-szaleńców (w najszlachetniejszym pojęciu tych słów!) Stanisława Augusta Kawczaka, który w grudniu 1989 roku, po 42-letniej przymusowej przerwie, rozpoczął wydawanie dwutygodnika „Wiadomości Świdnickie”. Wnikliwy czytelnik po zapoznaniu się z wykazem redaktorów naczelnych „”, umieszczonym w numerze 300, z pewnością zastanowi się i spyta, dlaczego, poza wymienieniem redaktora naczelnego, nie ma słowa o dziejach 16 numerów „”, które wydrukowano od grudnia roku 1989? Czyżby ten okres, w przekonaniu wydawcy „” był aż tak nieistotny w dziejach tygodnika, że nie warto mu było poświęcić… kilku zdań.

    Spróbujmy odpowiedzieć na te pytania przywołując na pamięć fakty i zdarzenia, w których uczestniczyłem. Spróbujmy jakoś zatkać tę „dziurę niepamięci”, „białą plamę” w historii „”.

    W listopadowy wieczór roku 1989 zabrzęczał telefon. Podniosłem słuchawkę. Męski, radosny głos oznajmił mi, że nazywa się Stanisław August Kawczak i że się znamy z czasów studiów na Uniwersytecie Wrocławskim, że zaprasza mnie do redagowania „historycznych Wiadomości Świdnickich”, które, mając błogosławieństwo ówczesnej miejskiej rady narodowej, postanowił wskrzesić i zaprosił mnie na spotkanie w redakcji przy ulicy Trybunalskiej 1, z wejściem od ul. Marcelego Nowotki (dzisiejsza ulica Długa). Następnego dnia stawiłem się w redakcji. Przyjął mnie Staszek Kawczak - szpakowaty mężczyzna, w którym ledwo rozpoznałem tego sprzed przeszło ćwierćwiecza studenta Wrocławskiego Uniwersytetu – rozentuzjazmowany, pełen jak najlepszych myśli i planów związanych ze wskrzeszeniem „”. Nie obiecywał konkretów finansowych, czyli krociowych zarobków! Na początku zachęcał jeno gorąco do pracy społecznej „dla dobra społeczności świdnickiej i osobistej satysfakcji, że coś się dla miasta dobrego zrobiło”. Mówił: „Rozruch Wiadomości Świdnickichzaczynamy od niskiego pułapu finansowego, na jaki władze stać, to jest za minimalną cenę wierszówki za opublikowany tekst, reszta prac redakcyjnych… społecznie! Ale tylko do czasu zdobycia rynku prasowego, co powinno nastąpić za jakieś pół roku. Od września roku 1990 przechodzimy na tygodnik i wtedy będą płatne dziennikarskie etaty, półetaty, ryczałty i tym podobne, ze zwiększoną wierszówką włącznie. Pełna amortyzacja kosztów rozruchu powinna nastąpić do roku czasu”. Przy tym zapowiedział, że Nr 1 wskrzeszonych „Wiadomości Świdnickich” musi ukazać się na Boże Narodzenie. Staszek był dogłębnie przekonany, że Świdnica ma tak prężny, znaczący i zauważalny potencjał intelektualny, że własnymi siłami – bez importu redaktorów z zewnątrz – potrafi stworzyć dobre czasopismo lokalne, które, jak na początku zaistnienia w latach czterdziestych, powinno być też drukowane w Świdnicy i przez świdniczan. Wierzył, że „” skupią wszystkich tworzących świdniczan, że staną się motorem napędowym życia kulturalnego, społecznego i gospodarczego miasta – że staną się gazetą wszystkich mieszkańców Świdnicy, a z czasem wszystkich mieszkańców Ziemi Świdnickiej.

    Naczelny zaraził mnie swoim ogniem, zaimponował wiarą w celowe działanie, nie było więc innego wyjścia jak zabrać się do roboty. W Wigilię Bożego Narodzenia anno Domini 1989 ukazał się nasz wskrzeszony Nr 1 „”, Numer 77 w ich dziejach, wydrukowany w Świdnicy, w drukarni Władysława Ryszarda Langego. Powitaliśmy go w redakcji lampką szampana i serdecznymi, wzajemnymi gratulacjami i życzeniami… pomyślności!

    Numer otwierała „Rozmowa z mgr. Franciszkiem Jarzyną” – byłym redaktorem naczelnym „Wiadomości Świdnickich” w latach czterdziestych. Były redaktor naczelny „” udzielił nowemu zespołowi gazety swojego błogosławieństwa, życząc mu: „Po pierwsze jak najwięcej czytelników, bo to jest gwarancja, że trafiacie w sedno rzeczy, po drugie poruszanie wszystkich spraw naszego miasta, a i szerzej, Ziemi Świdnickiej, a po trzecie wreszcie codziennego, żywego kontaktu z mieszkańcami Świdnicy i ich problemami”. W ten oto sposób została nawiązana nić pokoleniowa i kontynuacja tradycji zespołu, który założył „” z zespołem ich wskrzesicieli. Byliśmy dumni, że to nam Pan Franciszek Jarzyna przekazał tę pałeczkę! Ten Nr 1 „” to numer premierowy „kawczakowskiego” zespołu redakcyjnego w składzie:

    1. Stanisław August Kawczak - redaktor naczelny. Nauczyciel, działacz kultury, i entuzjasta dziennikarstwa. W „” redaktor od wszystkiego! Tylko on i sekretarka byli płatnymi pracownikami, reszta redakcji to społecznicy, podobnie jak naczelny, zakochani w Świdnicy i Ziemi Świdnickiej.

    2. Franciszek Kawka - znany świdnicki poeta i prozaik.

    3. Andrzej Lichomski - rysownik, mieszkający w Świdnicy od roku 1945; autor dziejów, obrazkowych… Świdnisława Świdy-Świdnickiego, bardzo lubianego przez świdniczan „ludzika”.

    4. Lucjan Momot - emerytowany nauczyciel, jako publicysta pisał w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych w Kolumnie Studenckiej „Gazety Robotniczej”, później publikujący w: „Wrocławskim Tygodniku Katolików”, „Pracach Literackich”, „Kierunkach”, „Litterariach”, „Życiu Literackim” i w „Słowie Powszechnym”.

    5. Edmund Nawrocki - emerytowany profesor Studium Nauczycielskiego, autor pierwszego po roku 1945 polskiego obszernego, solidnego przewodnika pod tytułem „Kościół parafialny św. Stanisława i św. Wacława w Świdnicy”, świetnie znający język niemiecki i dzieje Świdnicy oraz Ziemi Świdnickiej.

    6. Wiesław Rośkowicz - dyrektor świdnickiego Muzeum Dawnego Kupiectwa, rozmiłowany w dziejach Świdnicy.

    7. Andrzej Scheer - największy w Polsce znawca krzyży pokutnych, prezes Ogólnopolskiego Klubu Badaczy i Miłośników Krzyży Pokutnych i Rzeźb Przydrożnych „Bractwo Krzyżowców”, redaktor naczelny biuletynów tegoż bractwa: „Przydrożne Pomniki Przeszłości” i „Bractwo Krzyżowców”; urodzony w Świdnicy – znający dzieje prawie każdego świdnickiego kamienia, budowli itp.; kierownik świdnickiego kina „Gdynia”.

    W lutym 1990 roku dołączył do nas Ryszard Latko - znany w Polsce i ceniony (czy w Świdnicy też?) dramatopisarz i poeta.

    Redaktorzy: Lichomski, Momot, NawrockiScheer - to wówczas pod koniec 1989 roku członkowie i aktywni, społeczni działacze PTTK, społeczni opiekunowie zabytków, członkowie „Bractwa Krzyżowców”, rozmiłowani w regionie dolnośląskim.

    Ludzie ci, wyżej wymienieni oprócz entuzjazmu, dali „multum swojego prywatnego, wolnego czasu, zdrowia, energii, pieniędzy (sic!) et cetera biorąc przez cały czas jedynie symboliczne 4 tysiące starych złotych za stronicę znormalizowanego maszynopisu, to jest symboliczny zwrot kosztów za papier, kalkę i długopis.

    Krąg piszących w „” świdniczan z każdym numerem powiększał się – zgodnie z wiarą Staszka że… „ludzie przyjdą”. Do stałych współpracowników tygodnika należeli między innymi: Stanisław Kotełko, Władysław Orłowski - emerytowany dziennikarz „Gazety Robotniczej”, podpułkownik Armii Krajowej Edward Polak, Tadeusz Skiślewicz, Maria Szymańska - żona Staszka, Sławomir Tadecki, Dorota Teuerle. Felietony popularno-naukowe pisał krakowski profesor dr Piotr Tomasik.

    O otwartości „kawczakowskich” „” na wszystkie sprawy świdnickiego życia świadczyło m.in. wprowadzenie rubryki „Amen”, którą redagowali księża Stanisław Chłopecki i Andrzej Tomko.

    Z wyczulenia na problemy dnia codziennego powstała rubryka F. KawkiListy z osiedla”. Zdrowiu świdniczan miała służyć rubryka „Lekarz radzi” – prowadzona przez lekarza medycyny Leszka Skawinę, zaś wychowaniu moja rubryka „Trudne sprawy nieletnich”.

    W dwutygodniku „” bakcyla dziennikarskiego połknęli na stałe i rozwinęli się dziennikarsko – jak wykazała historia przyszłych dni – Andrzej Dobkiewicz i Tomasz Wyrwa. Pierwszy – po wystartowaniu w „kawczakowskich” „Wiadomościach Świdnickich” – przetrwał w „” wszystkie „burze i napory” i ich siedmiu redaktorów naczelnych, by w końcu samemu zostać naczelnym tego tygodnika. Obecnie jest dziennikarzem w konkurencyjnym dla „Wiadomości Świdnickich” „Nowym Tygodniku Świdnickim”.

    Drugi, Tomasz Wyrwa, za Kawczaka student Uniwersytetu Wrocławskiego, nie tylko wystartował w „kawczakowskich” „”, ale był współzałożycielem miesięcznika „Świdnickie Wiadomości Gospodarcze” i ich redaktorem naczelnym w latach 1990-1993. Za jego kierownictwa „ŚWG” stały się dwutygodnikiem i były poważnym zagrożeniem na rynku prasowym dla „”. Od roku 1993 jest wydawcą i redaktorem naczelnym „exPRESSem” – własnego… „Bezpłatnego Tygodnika Ziemi Świdnickiej”, a także (od czerwca 1995 roku) właścicielem – wydawcą wspomnianych „Świdnickich Wiadomości Gospodarczych”, które obecnie się już nie ukazują.

    Dwutygodnik „” wskrzesiliśmy, gdy w naszym kraju działała jeszcze cenzura. W Nr 2 z 1990 roku jest dowód jej ingerencji: zdjęcie tekstu Tadeusza Patulskiego. Jak przystało na neofitów dziennikarstwa, opętanych miłością i szacunkiem do Świdnicy, nie brakło nam żaru, marzeń i pomysłów związanych z przyszłością „” – z naszym miastem; a wszystko dlatego, aby można było lepiej, ciekawiej i pełniej żyć. Część tych planów i marzeń redakcji znalazła odbicie na łamach „” w formie zapowiedzi. I tak w Nr 1(78) z roku 1990 można przeczytać, że „”, wspólnie z Wydziałem Kultury i Sztuki Urzędu Miejskiego przygotowują się do wydawania „Almanachu Świdnickiego”… rocznika poświęconego „twórczości artystycznej i literackiej w szerokim tych słów znaczeniu”. Pierwszy zeszyt tegoż „Almanachu” miał się ukazać w drugiej połowie 1991 roku. W Nr 3(80) z roku 1990 w ramce zamieszczono tekst o następującej treści: „W redakcji WIADOMOŚCI ŚWIDNICKICH powstał pomysł, aby dla upamiętnienia pięćdziesiątej rocznicy powrotu Świdnicy do Macierzy wydać ENCYKLOPEDIĘ ŚWIDNICY I ZIEMI ŚWIDNICKIEJ”.

    Tych pomysłów – marzeń było multum – sypały się one wówczas jak z rogu obfitości! Bliski realizacji był zamiar wydawania – już od jesieni roku 1990 – kwartalnego, na razie, dodatku do „” – „Świdnickich Wiadomości Kulturalnych”. Niestety, nie zdążyliśmy, nie z naszej winy, zrealizować tego pomysłu. Jedynie udało się nam wydać Nr 1 „Świdnickich Wiadomości Gospodarczych”, wspólnie ze Stowarzyszeniem Przedsiębiorców i Kupców Świdnickich – jako dodatek do Nr 15(92) „” z dnia 29 lipca 1990 r.

    Każdy nowy numer „” za każdym razem był dla nas, zespołu redakcyjnego, nowym doświadczeniem nad tworzeniem regionalnego czasopisma; to była za każdym razem wielka intelektualna przygoda, przeżycie, radość i temat do przemyśleń, wyciągania wniosków, aby gazeta była coraz to lepsza i chętnie kupowana przez świdniczan.

    A z tym kupowaniem było nie za wesoło: gazeta powoli, z trudem zdobywała sobie zwolenników i początkowo bardzo słabo się rozchodziła. Świdnicki lud jakoś dziwnie patrzył na swoje czasopismo. Kolportaż „” poprzez kioski „RUCH-u” – na które postawiliśmy jak na dobrą monetę – nie przynosił spodziewanych rezultatów: kioskarze nie potrafili rozprowadzać lokalnego organu… ukrywając go pod stertą innych czasopism! Wtedy Andrzej Scheer na zebraniu redakcyjnym „podpowiedział”: „Jeżeli gazeta ma mieć wzięcie u ludu, sami musimy wyjść z nią na ulicę – naprzeciw potencjalnym jej nabywcom: pokazać ją przeciętnemu przechodniowi – czytelnikowi!” I zaofiarował swoje, bezinteresowne (czytaj: bezpłatne!) usługi w kolportażu „”. Wyglądało to w ten sposób, że po ukazaniu się nowego numeru dwutygodnika, Andrzej brał kupę gazet z redakcji, wystawiał stolik na ulicy Łukowej lub Trybunalskiej – pod arkadami naprzeciw redakcji – i sprzedawał zaległe i aktualne numery, w odpowiedni sposób, jemu właściwy, zachęcając przechodniów do zatrzymania się, do chwili rozmowy i kupna naszego organu. Nad stołem z gazetami wisiał rozłożony na czynniki pierwsze nowy numer „” – jako samoreklama. To wypaliło!

    Co nowy numer… to zatrzymujących się i kupujących było coraz więcej! Rychło pojawili się kolekcjonerzy i „dobrzy znajomi”, którzy zapragnęli mieć wszystkie numery „” i kupowali zaległe egzemplarze, prosili o dostarczenie brakującego numeru. Czasami towarzyszyłem Andrzejowi w jego akcji, bo wciągnęła mnie ta romantyka kolportażu. Najwdzięczniejszymi nabywcami „” byli świdniczanie, którzy pamiętali te, z lat czterdziestych. Kiedyś zatrzymał się zdziwiony starszy pan, który radośnie zauważył: „To znowu Wiadomości Świdnickie? Od kiedy? Kto wydaje? Kto pisze? Gdzie są drukowane?”. Powiedział, że ma komplet „starych Wiadomości Świdnickich” i zakupił te „nowe” od pierwszego, wskrzeszonego numeru.

    W tym czasie w kioskach „RUCH-u” też się ruszyło – „” zaczęły się lepiej sprzedawać. W lipcu roku 1990 wiedzieliśmy już, że udało nam się zdobyć rynek prasowy i że jesteśmy na prostej do celu, że resztę celów też zrealizujemy. Niestety, na przeszkodzie stanęła arbitralna decyzja ówczesnego prezydenta Świdnicy, Jacka Drobnego, bezpardonowego wyrzucenia z redakcji „” na bruk, nawet bez zdawkowego słowa „dziękuję” za wielomiesięczny trud dla dobra Świdnicy i jej władzy, społecznych redaktorów, wskrzesicieli „”, ich naczelnego (który otrzymał wypowiedzenie z pracy) i… zawieszenie pisma „do końca sierpnia”. Prezydent Drobny decyzję swoją motywował brakiem pieniędzy na finansowanie „” jako organu rady miejskiej.

    W gruncie rzeczy nie o pieniądze tu chodziło jak czas pokazał, a o odebranie „” „niepokornym redaktorom” i przekazanie czasopisma ludziom posłusznym nowej władzy. Pretekstem do podjęcia takiej decyzji była skromna, ba… nawet bardzo skromna, krytyka poczynań nowej władzy – demokratycznie wybranej – mojego pióra („IV Sesja Rady Miejskiej – smutna”) i „Świdnickich Wiadomości Gospodarczych” – dodatku do „”. Jako „usprawiedliwienie” (chyba?) radykalnej decyzji prezydenta J. Drobnego służyło puszczenie w obieg plotki, że „” odebrano… „czerwonej nomenklaturze”. Co było wierutnym kłamstwem, ponieważ zespół redakcyjny dwutygodnika „” składał się z bezpartyjnych i członków „Solidarności”. Inna plotka (konkretnych rozmów władzy z redakcją nie było!), plotka… dla otarcia łez „kawczakowskiemu” zespołowi redakcyjnemu, głosiła, że „” będą kontynuowane „od jesieni”, ale bez Kawczaka. Kiedy miało to nastąpić i w jaki sposób, nikt nie raczył poinformować zainteresowanych!

    Tymczasem zespół redakcyjny S.A. Kawczaka nie próżnował: znalazł sponsora i już drugiego września 1990 roku zaczął wydawać tygodnik „BIS – Wiadomości Świdnickie” od numeru drugiego noszący tytuł „BIS – Wiadomości Ziemi Świdnickiej”. W odpowiedzi na ten fakt prezydent Jacek Drobny i spółka przyśpieszyli decyzję o kontynuacji „”: 22 września 1990 roku ukazał się ich numer szesnasty – jako „wydanie specjalne”, zapowiadające… „już wkrótce Wiadomości Świdnickie w nowym wydaniu”. Numer pełen umizgów i kadzidła dla prezydenta Jacka Drobnego i rady miejskiej. Świdniczanie z miejsca ochrzcili go mianem… „prezydencki” („ludzie prezydenta robią gazetę”). W przekonaniu tym utwierdzał ich nowy adres redakcji: Świdnica, ul. 1 Maja 21, a więc u boku… SAMEJ WŁADZY! To miano… „Wiadomości Prezydenckie” przylgnęło do „” na stałe i trwało aż do przejęcia tytułu drogą kupna przez Jerzego Kubarę.

    W stopce redakcyjnej numeru „specjalnego” widniało między innymi: redaktor naczelny – Mirosław Sośnicki, sekretarz redakcji Beata Moskal-Słaniewska.

    Nowy naczelny „” zaproponował współpracę Franciszkowi Kawce i mnie, odpowiedziałem, że owszem, będę współpracował, ale wprzód należy zebrać kolegium wskrzesicieli „”, aby wysłuchać jego racji – bo to zasłużeni dla „” ludzie i bez ich błogosławieństwa nie może być współpracy. Naczelny odpowiedział: „Tak Pan mówi… to zaczniemy bez błogosławieństwa wskrzesicieli! i… nr 17 „” ukazał się bez M. Sośnickiego. Jego miejsce jako pełniąca obowiązki redaktora naczelnego, zajęła Beata Moskal-Słaniewska.

    Mirosław Sośnicki odszedł z redakcji – jak wieść gminna niosła – ponieważ nie mógł się zgodzić na warunki „podległości”, które stawiali mu wydawcy „”, a więc… „prawdziwi demokraci” z urzędu miasta i rady miejskiej.

    Ponieważ B. Moskal-Słaniewska w odezwie do „Drogich Czytelników”, zachęcała do współpracy z „” jako „pismem obiektywnym i rzetelnym” złożyłem jej wizytę z odpowiednią odezwą zespołu redaktorów-wskrzesicieli do czytelników. Pani redaktor wyraziła się, że „stary zespół” chętnie widziałaby w jej „”. Odpowiedziałem, że z tym raczej nie będzie sprawy, ale należy wprzód wydrukować na łamach „” odezwę „starego zespołu”…: „PRZEJĘCIE „WIADOMOŚCI ŚWIDNICKICH” W BOLSZEWICKIM STYLU ALBO PĘDZENIE DIABŁA BELZEBUBEM”. Pani redaktor naczelna odrzekła, że… w „tym przypadku” musi się „skonsultować” z kimś z „wydawców”, że ona sama, by chętnie wydrukowała. Cóż… druku odezwy nie było i tym samym współpracy „starego zespołu” z „prezydenckimi” „Wiadomościami Świdnickimi” też nie!

    Dla „prezydenckich” redaktorów „” od razu znalazły się pieniądze na pełne etaty i dobrze płatne wierszówki, a gazeta poszła „w lud” z kopyta, ponieważ miała rynek prasowy, wypracowany przez „kawczakowskich” redaktorów-społeczników-wskrzesicieli, którzy… za ośmiomiesięczny trud, niezasłużenie, otrzymali… smród, zaś „prezydenccy” redaktorzy – żerujący na osiągnięciach poprzedników i starszych kolegów! – bez wysiłku… miód!

    Z takimi „urokami”… „prawdziwej demokracji” zetknęliśmy się zaraz po obaleniu niedemokratycznej komuny.

    A z tym rynkiem prasowym „” to nie żadne tam przechwałki jeno rzeczywistość, fakt że ten rynek rzeczywiście był i że został nam skradziony razem z odebraniem nam prawem kaduka „”! Dowód?

    Jak wspomniałem wcześniej, zespół S.A. Kawczaka we wrześniu roku 1990 zaczął wydawać tygodnik „BIS – Wiadomości Ziemi Świdnickiej”. „BIS-ów” ukazało się pięć numerów i „BIS” padł, bo świdniczanie mówili nam: „Po co ten BIS? Róbcie Wiadomości Świdnickie, bo to potraficie robić! I „BIS” zalegał półki kiosków „RUCH-u”. W grudniu 1990 roku zespół Kawczaka wydał trzy numery „Tygodnika Świdnickiego” i sytuacja powtórzyła się: lud żądał „Wiadomości Świdnickich”! I kupował „”…

    Cóż… stworzyliśmy dzieło – rynek prasowy, które nas przerosło i którego nie mogliśmy pokonać dysponując skromnymi środkami finansowymi. Ale to też świadczyło i świadczy dobrze po dziś dzień o „kawczakowskim” zespole redakcyjnym „”, że potrafił dać miastu gazetę, która dała się czytać i była lubiana!

    Z naszego sukcesu wyrósł bez większego zachodu „sukces”, a nie żadne tam cuda niewidy i „trudne początki”!… Beaty Moskal-Słaniewskiej. I taka to jest prawda o „Wiadomościach Świdnickich” lat 1989-1990.

    Gdzieś w maju roku 1990 zgłosił się do redakcji „” młody człowiek – absolwent dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego, świdniczanin – i poprosił o zatrudnienie go w naszym dwutygodniku. Do niedawna pracował w solidarnościowym tygodniku „Niezależne Słowo” wydawanym w Wałbrzychu, kierowanym przez świdniczanina Mirosława Sośnickiego, ale że pismo padło, znalazł się na bruku, wobec czego chciałby „zahaczyć się” w „Wiadomościach Świdnickich”. Młody człowiek nazywał się Witold R. Tomkiewicz. Przyjęliśmy go ciepło – tak Staszek Kawczak jak i całe kolegium. Spodobał się nam młody… gniewny dziennikarz, a że od września mieliśmy się ukazywać jako tygodnik, o pracę dla niego nie martwiliśmy się! Liczyliśmy też, co tu dużo mówić, na to, że „kolega Witek”, jako radny miejski nowo wybranej rady, będzie naszym wsparciem u władz miasta, że między innymi zawsze będzie miał najświeższe wiadomości z samego źródła władzy – co jest ogromnie ważne w życiu gazety – że da pismu nowe, świeże spojrzenie młodego pokolenia, nowy… „młody oddech”!

    Niestety nasz nowy „kolega” – jak udowodnił to czas! – miał całkiem inne plany wobec „” i ani w głowie mu było bronienie interesów „zgredów”, którzy go przyjęli ochoczo do swojego grona. Ba, przyłożył rękę do „uśmiercenia” starego zespołu redaktorów-wskrzesicieli „”… montując tak zwany „prezydencki” zespół redakcyjny „” – miły nowowybranej władzy i ponoć „nie skażony komunistycznymi naleciałościami”! Między innymi w imieniu ówczesnego prezydenta Świdnicy Jacka Drobnego – poza plecami „starych” kolegów! – „zaproponował pracę w redakcjiBeacie Moskal-Słaniewskiej, świeżo upieczonej absolwentce warszawskiego dziennikarstwa – koleżance ze studiów Pana Witka – co tu owijać w bawełnę… absolwentce – tak jak Pan Witek - komunistycznego dziennikarstwa, komunistycznej uczelni; zaś na naczelnego „” skaperował bezrobotnego redaktora upadłego „Niezależnego SłowaMirosława Sośnickiego.

    Nowomontowany zespół redakcyjny „” miał być „wystrzałowy” – godny EPOKI PRAWDZIWEJ DEMOKRACJI, ba… wyprzedzający tę epokę! Cóż kiedy… od samego początku zaistnienia okazał się zwykłą cegłą, a „prezydenckie” „” niewypałem zarozumiałych i zbyt pewnych siebie (pewnych niezawodnego wsparcia finansowego władzy!) redaktorów; niewypałem, mimo wpompowania w „” przez urząd miejski ogromnych milionów starych złotych z pieniędzy płaconych przez podatników świdnickich. „Prezydenckie” „” musiały upaść. I upadły w sierpniu roku 1992, gdy ich pełniącym obowiązki redaktora naczelnego był… Witold R. Tomkiewicz. A upadły dlatego, ponieważ miały za dużo niekompetentnych redaktorów naczelnych – bo aż sześciu! – jak na ten krótki okres istnienia, to jest od września roku 1990 do sierpnia roku 1992.

    Jeszcze raz historia wykazała, że… prasa to nader delikatna materia, że w tworzeniu dobrej dochodowej gazety nie wystarczą tzw. szczere chęci i nawet najlepsze dziennikarskie wykształcenie, ale… trzeba być dotkniętym darem nieba i mieć… nosa dziennikarskiego, wykształcenie fachowe wsparte długoletnim doświadczeniem i … „smykałkę”, to jest talent do kierowania ludźmi i obracania pieniędzmi (szczególnie społecznymi!) oraz zdobywania rynku prasowego poprzez umiejętne „wstrzeliwanie się” w zainteresowania czytelników. Tego wszystkiego zabrakło bardzo ambitnym redaktorom naczelnym „prezydenckich” „”. I gazetę władza musiała zamknąć! Zamknąć i sprzedać w prywatne ręce. Czego dzisiaj kolejne ekipy władz miejskich nie mogą odżałować, że tak się właśnie stało!

    Od listopada roku 1992 „” wychodzą jako organ prywatny. A wychodzą dlatego, ponieważ… nad finansami rozsądnie czuwa sam ich właściciel. Czyli spełnia się tu jeden z kardynalnych warunków, aby gazeta mogła ukazywać się!…

    Co o tym wszystkim sądzić po latach z dystansu? Że … wszyscy tutaj wymienieni i niewymienieni przeze mnie bohaterowie padli jako ofiary demokracji – systemu, którego nie znali od strony praktycznej; że… demokracji permanentnie trzeba się uczyć – bo nie mamy innego, lepszego wyboru; że… zanim nauczymy się demokracji, to jeszcze chapniemy niejednego kopniaka; że… najwyższy już czas przejść od demokratycznych przepisów i uwznioślonej, demokratycznej paplaniny do demokratycznych zachowań; że, a wierzę w to mocno, iż bohaterowie mojego wspomnienia, gdyby mogli, gdyby im jeszcze dano, dzisiaj postąpili by mniej buńczucznie i gwałtownie, że wykazaliby więcej rozsądku i taktu!… I „” utrzymaliby w swoich rękach – współpracując ze „zgredami”.

    Historię „Wiadomości Świdnickich” lat 1989-1990, którą współtworzyłem, spisałem w kwietniu 1995 roku, z nadzieją, że wydrukują ją prywatne „Jerzego Kubary - z racji 50-lecia tygodnika. 25 kwietnia tekst złożyłem, za pokwitowaniem, w redakcji „”. Na odzew redakcji czekałem do połowy czerwca roku 1995, czyli dłużej niż na odpowiedź przewiduje ustawa. Wobec braku zainteresowania ze strony „”, z propozycją druku in extenso, bez cenzurowania zwróciłem się do czasopisma „Expressem”, gdzie w czterech kolejnych numerach wydrukowano mi całość podzieloną na cztery odcinki. Po ukazaniu się części drugiej mojego artykułu, 18 lipca 1995 roku „Wiadomości Świdnickie” odezwały się proponując mi druk w numerze jubileuszowym „” mocno ocenzurowanego mojego tekstu. Do namysłu – odpowiedź: „tak” lub „nie”, bez możliwości uzgodnień autorskich – dano mi trzy dni. Nie wyraziłem zgody na druk okrojonego tekstu mając na uwadze fakt, że byłoby to w tej sytuacji nietaktem wobec gazety „Expressem”, która podjęła się druku całej mojej wypowiedzi – bez skreśleń!

    Oceny, opinie oraz poglądy zawarte w tekście zamieszczonym powyżej odzwierciedlają tylko i wyłącznie zdanie autora i nie zawsze są podzielane przez Redakcję.


    Kategoria: Pamiętniki, publicystyka, relacje, wspomnienia

  • Dodaj komentarz

    Dodaj komentarz