Z cyklu opowieści kryminalne – „Z pamiętnika naczelnika” Niebezpieczne związki ▪ Janusz Bartkiewicz

Opublikowano: 23 maja 2012, Odsłon: 2 523
  • Ta sprawa zapisała mi się szczególnie w pamięci, bo prowadziłem ją jakby wbrew wszystkim. Po całej komendzie wojewódzkiej plotkowano, że wymyśliłem sobie zabójstwo, bo chyba nie mam nic do roboty. A ja będąc przekonany o swojej racji postanowiłem, że doprowadzę sprawę do końca, wbrew wszelkim przeciwnościom i drwinom.

    Było to pod koniec lat osiemdziesiątych. Pewnego dnia naczelnik wydziału kryminalnego w Świdnicy przekazał mi wiadomość, że mają nieformalne zgłoszenie zaginięcia samotnej i stosunkowo majętnej Kazimiery G. Po uzyskaniu zgody prokuratora, do mieszkania weszliśmy po drabinie, przez okno kuchenne. W mieszkaniu panował ogólny porządek i poza brakiem telewizora, nic szczególnego nie rzucało się w oczy. W jednej z szuflad znalazłem paszport Kazimiery G. Ustaliliśmy, że od pewnego czasu przebywała ona bez przerwy w towarzystwie mężczyzny o imieniu Ryszard, który sąsiadom opowiadał, że „Kazia wyjechała do sanatorium na dłuższą kuracje odchudzającą”. Kazimiera G. była właścicielką najnowszej wersji samochodu marki Volvo, którego w garażu nie znaleźliśmy. Bardzo szybko ustaliliśmy, kim jest ten pan Rysiek, w którym tak mocno Kazimiera G. była zakochana, ale okazało się, że jego aktualne miejsce pobytu jest nieznane. Jak na razie, nic nie wskazywało, że możemy mieć do czynienia z przestępstwem. Na szczeblu kierownictwa komendy w Świdnicy zapadła decyzja, że do czasu wpłynięcia oficjalnego zgłoszenia o zaginięciu, nie będzie się w tej sprawie prowadziło żadnych czynności. I w tym momencie rozpoczęła się moja samotna przygoda detektywistyczna. Samotna oczywiście tylko do pewnego momentu. Przekonałem ówczesnego naczelnika wydziału kryminalnego komendy wojewódzkiej płk. Eugeniusza K., abym mógł w tej sprawie poprowadzić operacyjne działania zmierzające do ustalenia czy Kazimiera G. padła ofiarą zabójstwa.

    „Brzytwa” się ulotnił

    Przyjaciel pani Kazimiery, Ryszard R. znany szerzej jako „Brzytwa”, przepadł jak kamień w wodzie, a ja nie miałem żadnych formalnych podstaw, aby rozpocząć jego oficjalne poszukiwania. Trochę to trwało, ale udało mi się ustalić, że „Brzytwa” w jakiś czas po zniknięciu pani Kazimiery, dokonał sprzedaży jej Volvo, a z dokumentacji tej transakcji, do jakiej dotarłem, wynikało, że sfałszował on dokumenty własności samochodu.

    Po nawiązaniu kontaktu z rodzina zaginionej, ustaliłem, że brat Kazimiery G. mieszkający w Łodzi otrzymał od niej i Ryszarda kartkę pocztową, wysłaną z Niemiec. Informowali, że wspólnie wojażują po Niemczech. Druga kartka wysłana z Katowic, już tylko w imieniu Ryszarda R., informowała, że „Kazia” aktualnie przebywa na kilkumiesięcznym turnusie odchudzającym i nie będzie się przez jakiś czas kontaktowała z nikim, bo chce spokojnie odbyć cała kurację. Prowadząc swoje poszukiwania dotarłem do kilku kobiet z różnych miast w Polsce, które utrzymywały z „Brzytwą” bliskie kontakty i okazało się, że one również otrzymały kartki pocztowe wysłane przez Ryszarda R. z Katowic. Wcale nie było dla mnie żadnym zaskoczeniem, że kartki z Niemiec i Katowic, wysyłane były dokładnie w tym samym dniu i pisane tym samym zielonym atramentem i na szczęście dla mnie, pisane były ręką Ryszarda R.

    Kartki z zaświatów

    Kartki, które wysłane były z Niemiec, sprytny Ryszard R. dał jednemu ze znajomych, któremu opowiedział jakąś zmyśloną historyjkę. I tego znajomego też udało mi się ustalić, jak i dotrzeć do kobiety, która otrzymała od Ryszarda R. prezent, w postaci chyba dwóch lub trzech złotych pierścionków, które należały do pani Kazimiery. Kobieta ta opowiedziała mi, że Ryszard R. miał cały woreczek złotej biżuterii i że widziała u niego pistolet. Po tych wszystkich ustaleniach, moje podejrzenia, co do możliwości zabójstwa Kazimiery G. zaczęły nabierać rumieńców. Odzyskaną biżuterię rodzina Kazimiery G. rozpoznała bez żadnych wątpliwości jako jej własność.

    W tej sytuacji uzyskałem bez problemów zgodę na wykorzystanie programu „997”, a Ryszard R. stał się „podejrzanym o dokonanie kradzieży samochodu i biżuterii na szkodę Kazimiery G.”, ponieważ prokuratura w Świdnicy wszczęła w tej sprawie dochodzenie. Jednocześnie brat z Łodzi złożył zawiadomienie o zaginięciu siostry i wydział kryminalny w Świdnicy podjął jej poszukiwania. Ustalono, że nie przebywała i nie przebywa w żadnym ośrodku sanatoryjnym na terenie Polski. Po emisji programu „997” stało się to, na co oczekują wszyscy policjanci, którzy poprzez telewizję zwracają się o pomoc do społeczeństwa. Jeszcze w trakcie emisji programu, do jednego z komisariatów z terenu b. woj. jeleniogórskiego, zadzwonił mieszkaniec pobliskiej wioski i poinformował dyżurnego, że pokazywany na fotografiach mężczyzna mieszka od jakiegoś czasu w mieszkaniu jego sąsiadki i korzysta z samochodu marki Polonez koloru białego i tu podał jego nr rejestracyjny. Pod wskazany adres natychmiast podjechali funkcjonariusze z tego komisariatu i zauważyli, jak jakiś mężczyzna wrzuca do samochodu duże torby podróżne. Na widok policjantów wskoczył do samochodu i z piskiem opon odjechał. Po krótkim pościgu funkcjonariusze dopadli go i po dosyć gwałtownej szamotaninie skuli w kajdanki. Drzwi mojego pokoju nie zamykały się, a ja przyjmowałem dziesiątki bardziej lub mniej szczerych gratulacji. Od tego momentu przestałem być samotnym myśliwym polującym na Ryszarda R., bo nagle okazało się, że chętnych do dokończenia sprawy jest zbyt wielu i zaczęły się problemy z opracowaniem jednolitego i sensownego planu działania. „Gospodarzem sprawy” (jak to się w naszym żargonie mówiło) czuła się zarówno Komenda Powiatowa Policji w Świdnicy, jak i Wydział Dochodzeniowo-Śledczy KWP w Wałbrzychu. Do sprawy dodatkowo włączyła się Komenda Wojewódzka Policji w Jeleniej Górze, bo okazało się, że ten biały Polonez stanowi własność majętnego złotnika z Jeleniej Góry, który od pewnego czasu poszukiwany był jako osoba zaginiona. Właściwym gospodarzem, okazała się prokuratura okręgowa w Świdnicy, która sprawę kradzieży samochodu i zaginięcia złotnika, przejęła z Jeleniej Góry do własnego śledztwa. Ponieważ dla mnie najważniejszą sprawą było odnalezienie zwłok Kazimiery G. i doprowadzenie do wszczęcia śledztwa o zabójstwo, nie zaprzątałem sobie głowy tymi proceduralnymi historiami. Dla mnie wystarczało, że Ryszarda R. mam już pod kluczem i mogę spokojnie prowadzić swoje dalsze podchody, mające tylko jeden cel: znalezienie zwłok Kazimiery G. gdziekolwiek by one nie były. Kręciłem się w kółko, bo wszelkie informacje, jakie udawało się w tej sprawie uzyskać, okazywały się niewypałem i już nawet wspierający mnie naczelnik wydziału, zaczął się niecierpliwić. Pewnego wieczoru oglądałem w jakimś towarzystwie głupawy horror, pamiętam jeszcze jego tytuł: „Noc żywych trupów” i zaświtała mi myśl, że zwłoki mogą być ukryte w takim miejscu, gdzie nikt ich nie będzie szukał. Mąż Kazimiery G. pochowany był w dwukomorowym grobie, na cmentarzu w Świdnicy i jedna z tych komór oczekiwała na panią Kazimierę. Przyszła mi wówczas do głowy myśl, że przecież „Brzytwa” mógł o tym wiedzieć i sprytnie to wykorzystać. Rano koncepcje te przedstawiłem naczelnikowi i zastępcy, którzy wyraźnie zaskoczeni, po krótkim namyśle, podjęli decyzję: sprawdzamy grób.

    Nieudane poszukiwania zwłok

    Wyglądało to tak, że za dnia grób obejrzał nasz zaprzyjaźniony kamieniarz, który po zbadaniu spoin poszczególnych płyt nagrobka, stwierdził, że nie wyklucza, iż płyta główna mogła być odsuwana, ponieważ spoiny wykonane są z dwóch rodzajów cementu. Ponadto poinstruował nas, w jaki sposób szybko i sprawnie płytę odsunąć, czego nie będę tu opisywał. O naszych zamiarach i ich celu poinformowaliśmy miejscowego proboszcza, który ze względu na szczytny cel, nie sprzeciwił się temu. Pod osłoną nocy i w wielkiej tajemnicy dokonaliśmy sprawdzenia grobu i moje przeczucia legły w gruzach. Wszyscy zresztą byli tym bardzo zawiedzeni i rozczarowani. Takich akcji poszukiwawczych zaliczyłem jeszcze kilka (m.in. spenetrowaliśmy jeziorko Daisy koło Mokrzeszowa, ale znaleźliśmy jedynie wrak samochodu skradzionego 3 lata wcześniej i motocykl MZ z rejestracją z lat siedemdziesiątych), ale największą z nich były poszukiwania zwłok zorganizowane na terenie starej piaskowni w miejscowości Poddębice koło Sieradza. Wyjechała tam cała ekipa (8 ludzi i dwa samochody, zaangażowane były 4 psy do odnajdywania zwłok oraz termowizja). Poszukiwania trwały 3 dni, ale skończyły się odnalezieniem resztek padliny różnych czworonogów zakopanych na terenach piaskowni. Wszystkie te działania oparte były na informacjach, które docierały do mnie z różnych źródeł. Pewnego dnia zostałem w trybie alarmowym ściągnięty do Świdnicy przez jednego z moich informatorów, który przekazał mi informacje, że „Brzytwa” zwłoki Kazimiery G. zatopił w kamieniołomach w Rogoźnicy koło Strzegomia. W tym czasie przechodziłem chwilowy kryzys i zacząłem wątpić czy zwłoki te uda mi się kiedykolwiek odnaleźć, dlatego też nie pałałem szczególną chęcią organizowania kolejnej akcji poszukiwawczej, która mogła się skończyć kolejnym niepowodzeniem. Sporządziłem stosowny zapisek i konieczność penetracji tego zbiornika umieściłem w planie działania, jednakże nie określiłem konkretnego terminu jego realizacji. I tak, gdy pod naciskiem przełożonych, powoli przymierzałem się do zakończenia rozpracowania i poszukiwań, dotarła do wydziału informacja, że w kamieniołomie w Rogoźnicy został zatopiony jakiś skradziony samochód.

    Po otrzymanej informacji o zatopionym w kamieniołomach samochodzie, natychmiast tam pojechałem i stwierdziłem, że ślady na trawie kończą się tuż na nad taflą wody, a na samej wodzie widoczne są duże plamy po benzynie lub ropie. Razem z kierownikiem sekcji ds. kradzieży, zorganizowałem ekipę płetwonurków i pojechaliśmy na kolejną penetrację tego zbiornika wodnego. Grupą wałbrzyskich płetwonurków kierował mój kolega, doświadczony płetwonurek i wodniak, Jerzy Kołodziej, który wraz z tą grupą, w takich naszych akcjach brał udział wielokrotnie.

    Nurkowanie trwało kilka godzin i nic… Poza jakimś starym tylnym mostem od ciężarówki. Kiedy już cała ekipa nurków była na brzegu, podszedł do mnie Kołodziej i powiedział, że na jednej ścianie kamieniołomu, na wysokości ok. 11 m od lustra wody, wiszą zaczepione na jakimś występie, powiązane ze sobą worki, które oplątane są sznurkiem jak balerony. Tym razem byłem już pewny siebie, że oto nareszcie, „Kazię” – bo tak już ją zdrobniale nazywałem – odnalazłem. Jurek upierał się, że nurkom kończy się tlen w butlach i dopiero jutro będziemy mogli kontynuować poszukiwania. Nie wiedział biedak, że takie długie oczekiwanie nie wchodzi wogóle w rachubę. Powiedziałem mu, że jest zbyt doświadczony w tych sprawach, więc mógł te worki od razy wyciągać, wiedział przecież, czego tak długo szukam. A ponieważ tego nie zrobił, to mnie nic nie obchodzi i te worki muszą się jeszcze dziś na brzegu znaleźć. Widząc moją determinację dalej już nie oponował i jakoś sobie poradzili na kilka butli, które zmieniali podczas nurkowania i holowania do brzegu poszczególnych worków. Jurek nie powiedział swoim kolegom, że w tych workach może być trup kobiety i dobrze wiedział, co robi. Bo jak się już na brzegu o tym dowiedzieli, to kilku z nich szybko odbiegło w pobliskie krzaki i dosyć długo nie wracali.

    Jest „Kazia”!

    Moja wiara w to, że to muszą być worki ze zwłokami spowodowała, że nawet na moment wyostrzył mi się wzrok (zawsze byłem krótkowidzem, ale wtedy jeszcze nie nosiłem okularów) i dostrzegłem wystającą z worka dłoń. Z tej odległości nie miałem prawa tego zauważyć, a że zauważyłem jest na to dowód w postaci nagrania audio-video wykonanego przez jednego z policjantów. Po drugi worek Jurek musiał popłynąć sam i aby miał za co ten worek ciągnąc, dałem mu swój pasek od spodni, o którym później zapomniałem. Na pasku tym, na jego wewnętrznej stronie zapisane było moje nazwisko i imię, nr telefonu do domu i komendy, a także grupa krwi. To tak na wszelki wypadek. Gdy już byłem przekonany, że przynajmniej w jednym worku były zwłoki ludzkie powiadomiłem naczelnika i poprosiłem go, aby szybko przysłał ekipę dochodzeniową z kryminalistykami, aby jeszcze w tym dniu przeprowadzić przynajmniej wstępne oględziny i to nie tyle miejsca, ile zwłok, bo nie wyobrażałem sobie abym mógł z tym czekać do dnia następnego. Po niedługim czasie, nad spokojnym do tej chwili kamieniołomem, zaroiło się od policyjnych samochodów i mundurów. Ja czekałem tylko na jedno i doczekałem się.

    Dwa w jednym

    informacja początkowo wprowadziła mnie w lekkie osłupienie, po którym moja satysfakcja stała się jeszcze bardziej uzasadniona. Zdałem sobie sprawę z tego, że za jednym zamachem rozwiązałem sprawę zaginionego złotnika, Romana G. z Jeleniej Góry, właściciela białego Poloneza, którym w dniu zatrzymania poruszał się „Brzytwa”. W workach znajdowały się ciała kobiety i mężczyzny, ale ich zwłoki były dokładnie poćwiartowane. Były jednak one nie w pełni kompletne. Brakowało głów tych ludzi. Z relacji Jurka Kołodzieja wynikało, że do tych dwóch worków przywiązane były mniejsze pakunki, które podczas holowania pourywały się i opadły na dno. W tej sytuacji, z uwagi na głębokość zbiornika, zapadła decyzja, że do dalszej jego penetracji ściągamy specjalistyczną grupę płetwonurków z jednostki saperskiej z Lubania. Grupa tych płetwonurków w ciągu kilku kolejnych dni odnajdowała poszczególne pakunki, ale głów ofiar brakowało nadal. Namówiłem dowódcę tej grupy, a on przekonał swoich przełożonych i jednego dnia, żołnierze założyli nieduże ładunki wybuchowe na dnie zbiornika, które następnie zostały odpalone. Po tym kontrolowanym wybuchu szybko został odnaleziony jeszcze jeden worek, a w nim głowa Kazimiery G. Głowy Romana G., nie udało się nam odnaleźć już nigdy. I na tym moja rola się skończyła…

    Nawet ja byłem „podejrzany”

    Któregoś dnia zatelefonował do mnie prokurator prowadzący śledztwo i wyraźnie podekscytowany poinformował mnie, że wśród rzeczy, jakie zostały zabezpieczone w prosektorium, znajduje się skórzany pasek koloru jasnobrązowego. Prokurator był przekonany, ze to jest pasek jakiegoś pomocnika „Brzytwy” i może stanowić ślad, po którym uda mi się dotrzeć do jego właściciela. Powiedziałem mu wtedy, że ja już tego właściciela ustaliłem, co wywołało jego wielkie zadowolenie, zakończone niedowierzającym skwitowaniem „nie, to niemożliwe”. Gdy dowiedział się, że to jest mój pasek, jego sen o współsprawcy prysł, jak mydlana bańka.

    Osobiście z „Brzytwą” bezpośredni kontakt miałem wiele razy. Po jego zatrzymaniu, a przed odnalezieniem zwłok rozmawiałem z nim wielokrotnie, usiłując przekonać go do współpracy i wskazania miejsca gdzie ukrył zwłoki. Za każdym razem – gdy przedstawiałem mu wszelkie możliwe argumenty, wsparte moimi ustaleniami – stwierdzał, że to tylko poszlaki i nic więcej, że nie mam żadnych mocnych dowodów, a zwłaszcza zwłok i że on z zaginięciem Kazimiery G. nie ma nic wspólnego. Ona wyjechała na kurację, a on to wykorzystał i sprzedał jej samochód oraz trochę biżuterii, którą w mieszkaniu znalazł. Resztę biżuterii, „Kazia” – jak mówił – zabrała ze sobą i być może jest teraz gdzieś za granicą, żywa i zdrowa.

    Aby wykazać swoją dobrą wole i chęć do współpracy przyznał się do kilku innych przestępstw dokonanych na terenie kraju, m.in. w Gorzowie Wlkp. Były to przeważnie oszustwa dokonywane na szkodę naiwnych kobiet, które podrywał krążąc po Polsce i którym imponował swoim gestem, szarmanckim zachowaniem i obietnicami wspólnych zagranicznych wojaży.

    Wszystkie te osoby były przez nas przesłuchiwane, a ja dążąc do jak najbardziej wszechstronnego rozpoznania charakteru „Brzytwy”, brałem w nich udział. Udałem się też na kilka wizji lokalnych, w tym m.in. do Gorzowa Wlkp. Wyjazd ten wspominam, ponieważ w jego trakcie przeżyłem kilka dosyć humorystycznych przygód. Do Gorzowa pojechaliśmy dlatego, że dokonał on tam włamania do mieszkania z którego zabrał niewielką ilość gotówki i paszporty właściciela mieszkania, jego żony i dzieci. Nie pamiętał ani nazwiska, ani też adresu, ale był gotowy wskazać nam to miejsce. Ponadto, w Gorzowie mieszkały też dwie młode kobiety, które były ofiarami jego oszukańczych zalotów. W trakcie opisywania mieszkania, które nam wskazał, w pewnym momencie znaleźliśmy się na klatce schodowej, pod drzwiami mieszkania, do którego się włamał. Jeden z kolegów fotografował te drzwi, a ja stałem pod nimi z przykutym do mojej ręki „Brzytwą”, który dyktował coś tam do protokołu z wizji lokalnej. W pewnym momencie drzwi te otworzyły się znienacka i na klatkę schodową wyskoczył postawny mężczyzna, który zaatakował mnie wykrzykując dosyć obelżywe słowa, świadczące o jego wzburzeniu, na widok „bandyty, który okradł jego mieszkanie”. Jakoś udało mi się uchylić od mocnego ciosu wymierzonego w moją głowę i wykrzyknąć, że jestem funkcjonariuszem, co z kolei spowodowało jeszcze wścieklejszy atak skierowany tym razem na „Brzytwę”, którego przez moment musiałem własnym ciałem osłaniać. Jak się szybko okazało właściciel mieszkania to kierownik ważnej sekcji jednego z wydziałów Służby Bezpieczeństwa tamtejszego WSW (opisywana tu historia działa się latem 1989 roku). „Brzytwa” okradł go na jeden dzień przed wyjazdem do Grecji, co uniemożliwiło ten wyjazd, bo nawet funkcjonariusz SB w jeden dzień paszportu wyrobić sobie nie był w stanie.

    Bandzior mnie pochwalił

    Ostatnią rozmowę przeprowadziłem z „Brzytwą” podczas badań na wariografie w Jeleniej Górze, gdzie musiałem go konwojować z Wałbrzycha. Wyznaczono mnie do tego zadania, ponieważ nie chciał z nikim innym na tematy swoich przestępstw rozmawiać.

    Na przeprowadzenie badań na tzw. wykrywaczu prawdy, potrzebna jest zgoda badanego, a tej „Brzytwa” wyrazić nie chciał. Miejscowi policjanci poprosili mnie o pomoc w przekonaniu go do tego, aby się tym badaniom poddał. W trakcie tych rozmów „Brzytwa” poprosił o możliwość rozmowy ze mną w tzw. cztery oczy, na co wyraziłem zgodę licząc na to, że łatwiej będzie mi go przekonać. Nie powiem teraz, o czym z nim rozmawiałem, bo chociaż pamiętam to nie chcę i nie mogę o tym mówić. W wyniku tej rozmowy zgodził się poddać badaniom, ale pod warunkiem, że na żadne pytanie nie będzie odpowiadał. Zdaje się, że nie wiedział, że liczy się reakcja na zadane pytanie, a nie treść odpowiedzi lub jej brak. Z dobrze udawanym grymasem pewnego niedosytu, wyraziłem na to zgodę i „Brzytwa” przebadany został, co pozwoliło na uzyskanie kolejnej ważnej poszlaki wskazującej na jego związek z zabójstwem tych dwóch osób. Podczas tej rozmowy miało miejsce wydarzenie, którego chyba nie zapomnę nigdy. Otóż Ryszard R. powiedział mi, że docenia i podziwia moje wysiłki włożone w ustalenie sprawcy zabójstwa i uzyskanie tylu poszlak, które zaprowadziły go za kratki. On był przekonany, że opracował plan, który gwarantował mu całkowitą bezkarność. Uważał się za mistrza w swoim fachu i jak stwierdził, trafił na innego mistrza, który go pokonał i dlatego czuje do mnie szacunek i respekt. Szacunek, tym bardziej większy, że jak się wyraził, podczas całego śledztwa traktowałem go jak człowieka, co było dla niego wielkim zaskoczeniem, biorąc pod uwagę jego dotychczasowe doświadczenia wynikające z kontaktów z Policją. Oświadczył też, że mówi to tylko dlatego, że ma możliwość rozmawiania ze mną w cztery oczy i nigdy tych słów już nie powtórzy, a jak trzeba będzie to się wyprze tego, że tak mówił. I w tym miejscu muszę się przyznać, że pochwała, jaka padła z ust bandyty, była dla mnie najważniejszą z pochwał, jakie kiedykolwiek otrzymałem. „Brzytwa” został skazany na podwójną karę 25 lat pozbawienia wolności i prawdopodobnie za kilka lat wyjdzie na wolność. Będzie miał około 70-75 lat życia.


    Kategoria: Pamiętniki, publicystyka, relacje, wspomnienia

    Tagi:

  • Komentarze: 1

    1. MK pisze:
      17 października 2017, o 22:11

      Szkoda, że wszystko była KWP zaliczyła sobie!!!!


    Dodaj komentarz