Z cyklu opowieści kryminalne – „Z pamiętnika naczelnika” Pragnienie dziecka było silniejsze ▪ Janusz Bartkiewicz

Opublikowano: 23 maja 2012, Odsłon: 737
  • Informacja o przestępstwie, którego ofiarą staje się małe dziecko wywołuje mocne poruszenie społeczne i stawia na nogi całą policję. Wywołuje też stan alarmowy w mediach. Tak było i latem 1988 roku, sprzed sklepu w centrum Świdnicy, w samo południe, zniknął wózek z dwumiesięcznym niemowlakiem w środku.

    Matka dziecka weszła do sklepu, aby dokonać zakupu niezbędnego dla dziecka ubranka. Kiedy wyszła, po dziecku i wózku nie było ani śladu. I nikt nie mógł jej powiedzieć, co się stało. Pełniłem wtedy funkcję kierownika sekcji, która zajmowała się wszelkimi przestępstwami przeciwko życiu i zdrowiu. Zarządziłem uruchomienie wszelkich przewidzianych w takich sytuacjach działań poszukiwawczych, w tym prowadzenie działań blokadowych. Zleciłem również podanie stosownego komunikatu do radia i telewizji, no i rozpoczęcie działań operacyjnych, by uzyskać jak najwięcej informacji o tym, co mogło się z dzieckiem stać i gdzie się znajduje.

    Poszukiwania bez efektów

    W teren ruszyły dziesiątki patroli umundurowanych i cywilnych. Sam w jednym z takich patroli uczestniczyłem osobiście i poprzez radiotelefon koordynowałem prowadzone czynności. Razem ze mną, przez cały prawie dzień, jeździła zrozpaczona matka porwanego dziecka. Nasze działania trwały do zmierzchu, ale nie przyniosły żadnego efektu, poza jednym śladem. Udało się nam odnaleźć wózek, który został pozostawiony w jednej z bram, w nieodległej, znajdującej się również w centrum, starej kamienicy. Świadczyło to o tym, że porywacz może się teraz przemieszczać z dzieckiem na ręku, bądź zmienił rodzaj wózka. Ściemniało się już wyraźnie, gdy zastępca komendanta Policji w Świdnicy podjął decyzję o zakończeniu poszukiwań i przeniesieniu ich na dzień następny. Wszystkie patrole zostały zwolnione z działań i funkcjonariusze udali się do domów. Wówczas, wraz z nieżyjącym już naczelnikiem wydziału kryminalnego w Świdnicy nadkomisarzem Jerzym Bilskim postanowiliśmy siłami własnymi prowadzić dalsze działania.

    Skruszony lekarz

    Siedzieliśmy w pokoju Jurka i zastanawialiśmy się, jak zaplanować i wykorzystać, możliwe w tej sytuacji, działania operacyjne, gdy oficer dyżurny poinformował nas, że jakiś lekarz chce pilnie rozmawiać z oficerem kierującym poszukiwaniami. Zszedłem na dół porozmawiać z nim. Po kilku minutach, w komendzie zapanowało wielkie poruszenie, ponieważ oczekujący na decyzje koledzy otrzymali polecenie natychmiastowego zebrania się w sali odpraw. Wszyscy zdali sobie sprawę, że musiała wpłynąć informacja, która dawała szansę na szybkie odnalezienie dziecka.

    I tak też było. Lekarz, który z własnej woli zgłosił się w nocy do komendy, opowiedział nam zadziwiającą historię. Jakiś czas przedtem zgłosiła się do niego młoda kobieta, która oświadczyła, że zdecydowała się z mężem na adopcję małego dziecka, ale z uwagi na swoją teściową chce zaaranżować wszystko tak, aby wyglądało to jakby, to ona urodziła i została zabrana z dzieckiem, przez męża i ojca ze szpitala.

    Zakamuflowana „adopcja”

    Adopcja miała być przeprowadzona poprzez Dom Małego Dziecka w Dzierżoniowie. W mistyfikacji tej miał brać udział mąż kobiety, który nie chciał, aby jego matka wiedziała o adopcji. Lekarz, z powodów, których możemy się jedynie domyśleć, wyraził na to zgodę. Ustalili, że po załatwieniu wszystkich spraw związanych z adopcją, kobieta zgłosi się do lekarza, a on umieści ją wraz z dzieckiem na oddziale noworodków, skąd będzie mógł zabrać ją mąż wraz ze swoją matką. W dniu porwania, o którym lekarz jeszcze nie wiedział, kobieta ta zgłosiła się wraz z małym dzieckiem, którego wiek lekarz określił na dwa-trzy miesiące. Zgodnie z umową dokonał on odpowiedniego wpisu do księgi przyjęć i umieścił ją wraz z dzieckiem na oddziale. Po jakimś czasie do szpitala przyjechał mąż kobiety i odebrał ją i dziecko.

    Lekarz nie był w stanie wytłumaczyć nam, dlaczego nie dokonał sprawdzenia dokumentów matki i dziecka, a zwłaszcza dokumentacji adopcyjnej, czy książki małego dziecka. Z uwagi na niewyjaśnioną sytuację zdecydowaliśmy się na zatrzymanie lekarza w komendzie.

    Pomimo późnej pory, zdecydowałem się na odnalezienie kierowniczki domu dziecka i przeprowadzenie z nią rozmowy telefonicznej. Tak jak przypuszczaliśmy, zaprzeczyła, aby w okresie ostatnich dwóch lat brała udział w jakiejkolwiek adopcji i nie jest możliwe, aby taka adopcja, bez jej wiedzy mogła być przeprowadzona. W tej sytuacji uzyskaliśmy zgodę na wejście do mieszkania „rodziców adopcyjnych”.

    Niemowlę szczęśliwie odnalezione

    Musiałem powiadomić matkę dziecka. Bałem się jej emocjonalnej reakcji. Za namową siostry zażyła środek uspokajający. Po jakimś czasie powiedziałem, ze prawdopodobnie wiemy, gdzie jest jej dziecko. Kobieta musiała pojechać z nami żeby zidentyfikować noworodka. Wymogłem na niej, by w mieszkaniu, do którego się udajemy, zachowywała się w miarę spokojnie. Musiałem ją też uprzedzić, że istnieje niewielkie ryzyko, że się mylimy.

    Do mieszkania kobiety, która wraz z teściową, zamieszkiwała w jednej z podświdnickich wiosek, pierwszy wszedł lekarz, pod pretekstem, że chciałby sprawdzić stan dziecka i obejrzeć zapisy w książce zdrowia małego dziecka, czego nie zrobił wcześniej. Po wyjściu powiedział nam, że kobieta nie ma książki zdrowia dziecka. Twierdziła, że mąż chyba zostawił ją w samochodzie jego szefa. To nas przekonało całkowicie i podjęliśmy decyzję o wejściu. Aby nie robić zbytniego zamieszania, do drzwi zapukał ponownie lekarz i oświadczył, że zapomniał wystawić receptę na mleko dla noworodka. W momencie, gdy kobieta uchyliła drzwi, do mieszkania zdecydowanie weszła grupa moich kolegów, a za chwilę ja, wraz z matką dziecka.

    Teściowa miała przeczucie

    Zaskoczona naszym wejściem nie była jedynie teściowa, która siedząc z kamienną twarzą na bujanym fotelu, powiedziała tylko jedno zdanie: wiedziałam, że się to tak skończy. Dziecko wraz z matką, która bezbłędnie rozpoznała swoją pociechę i jej ubranko leżące na jednym z foteli, odjechało karetką pogotowia, która przezornie nam towarzyszyła. Jak się okazało, dziecku nie stała się żadna krzywda. Dla mnie najbardziej nieprawdopodobną była opowieść męża tej kobiety, który o całej akcji żony nic nie wiedział. Był przekonany, że jest ona w ciąży. Do szpitala, powiadomiony o nagłym porodzie, pojechał samochodem, który użyczył mu szef firmy, w której pracował. Żona powiedziała mu, że ma żółtaczkę poporodową i dlatego nie może karmić piersią, więc on jeszcze w tym samym dniu pojechał motorem do Wałbrzycha, gdzie zakupił dla dziecka mleko w proszku i stosowne odżywki. Był mocno załamany i przybity wieścią o całej tej niezrozumiałej dla niego mistyfikacji. Z matką, ani z porwanym dzieckiem, nigdy już się nie spotkałem i nie wiem, jakie były ich dalsze losy. Jaki zapadł wyrok w tej sprawie, już nie pamiętam.


    Kategoria: Pamiętniki, publicystyka, relacje, wspomnienia

    Tagi:

  • Dodaj komentarz

    Dodaj komentarz