Afera finansowa ▪ Andrzej Dobkiewicz

Opublikowano: 23 maja 2012, Odsłon: 1 758
  • Wszelkiej maści afery finansowe i gospodarcze, jakie z różną siłą wybuchały w Polsce po 1989 roku nie są wytworem XX wieku. Jedna z największych afer finansowych, która rujnowała gospodarkę Królestwa Polskiego przez ponad 10 lat, miała miejsce na początku XVI wieku, a wśród głównych jej bohaterów był również i pewien „przedsiębiorczy” świdniczanin – Paul Monau vel Paulus Monaw alias Paul Monaw etiam Pawl Monaw. Z całkowitą pewnością nie można go zaliczyć w poczet przeciętnych, średniozamożnych mieszczan świdnickich końca XV i początku XVI wieku. Wręcz przeciwnie, wywodził się ze znanej nie tylko w Świdnicy ale i we Wrocławiu rodziny patrycjuszowskiej, której członkowie piastowali najważniejsze stanowiska komunalne w naszym mieście od lat 70. XIV wieku.

    W roku 1490 Paul Monau wymieniany jest jako właściciel wsi Nowice (gmina Jaworzyna Śląska), na przełomie XV i XVI wieku był prawdopodobnie posesorem kamienicy Rynek 36. Dzięki koneksjom i układom zrobił w tym czasie oszałamiającą karierę urzędniczą w miejskim samorządzie pełniąc następujące funkcje: ławnika (kadencje w latach 1495/1496, 1497/1498, 1500/1501), przewodniczącego ławy (kadencje lat 1504/1505, 1507/1508, 1510/1511, 1513/1514, 1515/1516), rajcy (lata kadencji 1493/1494, 1496/1497, 1499/1500, 1502/1503) oraz burmistrza (kadencje 1503/1504, 1506/1507, 1509/1510, 1512/1513, 1514/1515). Mimo osiągnięcia tak wysokiej pozycji społecznej najprawdopodobniej nikt jednak nie zaliczyłby go w poczet znanych świdniczan i Paul Monau popadłby w zapomnienie, gdyby nie fakt, że w prowadzonej przez niego mennicy wybijano srebrne monety łudząco podobne do będących wówczas w powszechnym obiegu na terenie Królestwa Polskiego półgroszy, ale o nierównej im zawartości cennego kruszczu. Doprowadziło to w końcu do wielkiego sporu monetarnego, który przeszedł do historii pod nazwą Pölerei, a zaczął się następująco.

    Wykorzystując fakt, że na ziemiach polskich brakowało w obiegu drobnej monety czyli tak zwanych półgroszy koronnych Zygmunta I Starego (1467-1548), król Czech i Węgier Ludwik II Jagiellończyk (1506-1526), zresztą najbliższa rodzina naszego Zygmunta (bratanek) wpadł na „genialny” pomysł wybijania monety niemalże bliźniaczo podobnej do półgroszy Zygmunta I Starego (porównaj monety na ilustracjach). Ktoś zadać by mógł pytanie a gdzie tu afera? Ano jest i to niezgorsza. W każdym bądź razie słynna polska afera Art-B z początku lat 90. XX wieku, brzmi przy naszej jak bajeczka dla grzecznych dzieci.

    Jednostką wagową w ówczesnych czasach była na ziemiach polskich jedna grzywna krakowska (około 197 gramów). Z takiej jednej grzywny srebra mincerze Zygmunta I Starego wybijali 256 sztuk półgroszy, natomiast czescy i węgierscy w jednej osobie królowie aż 340 półgroszków!

    W efekcie na ziemiach polskich odbywało się masowe wykupywanie półgroszków koronnych, które trafiały do świdnickiej mennicy, prowadzonej przez Paula Monaua, gdzie od połowy 1517 roku przetapiano je i wybijano z pozyskanego surowca półgroszki świdnickie, o zaniżonej wartości srebra. Świdnicka podróbka była lżejsza i o gorszej próbie srebra. „Gorsza” moneta zaczęła zalewać ziemie polskie, w miejsce skupowanych półgroszków koronnych. Zyski z tego procederu były dla Ludwika II Jagiellończyka, a przy okazji i jego mincerza Paula Monaua kolosalne.

    Zygmunt I Stary bronił się jak mógł przed machinacjami bratanka, wydając kolejne edykty dotyczące zakazu przyjmowania monety świdnickiej i ograniczające w znacznym stopniu swobodny handel kupców świdnickich w Koronie. Wprawdzie nie zapobiegło to potężnemu zalewowi ziem polskich świdnickimi półgroszkami, ale przynajmniej doprowadziło do wrzenia i rozruchów w samej Świdnicy, w której dawały się odczuć różnego rodzaju embarga na handel z Polską. W rezultacie niepokojów i braku porozumienia na linii patrycjat – pospólstwo, 7 stycznia 1522 roku ze Świdnicy uciekło 35 przedstawicieli miejscowej elity rządzącej (wśród nich był też oczywiście Paul Monau) zabierając ze sobą miejską pieczęć i kasę. Realną władzę w Świdnicy de facto przejęli mieszczanie z tutejszych cechów. Bogaci notable wrócili co prawda do miasta w lutym roku 1523, ale już wkrótce ponownie musieli salwować się ucieczką ustępując miejsca władzy cechów. Konflikt zakończył się dopiero 2 marca 1524 roku, kiedy to na mocy zawartego – przy pośrednictwie miejscowej szlachty – kompromisu dotychczasowi włodarze mogli powrócić do Świdnicy.

    W międzyczasie afera nabrała międzynarodowego rozgłosu i Ludwik II Jagiellończyk chcąc jakoś z niej wybrnąć, podarował mennicę wraz z dochodami swojej żonie Marii Habsburżance (1505-1558), która w spokoju nadzorowała jej dalszą działalność, nic sobie nie robiąc z protestów strony polskiej. Przywilej kierowania mennicą Maria powierzyła w dobre, sprawdzone ręce „kompetentnego fachowca” Paula Monaua, który otrzymał jeszcze dodatkową gwarancję bezpieczeństwa ponieważ na mocy dokumentu z 10 października 1524 roku znalazł się pod bezpośrednią ochroną ze strony starosty księstwa świdnicko-jaworskiego. 10 lipca następnego roku wyznaczono Paulowi Monau na pomocnika Konrada Sauermanna z Wrocławia. Ostatnie monety z inicjałami Paula Monaua pochodzą z tego właśnie okresu i przyjmuje się, że w roku 1525 zakończył on życie. Zgodnie z dokumentem z 18 lipca 1526 roku dzierżawcą mennicy został wspomniany poprzednio wrocławianin Konrad Sauermann, który jednak stosunkowo krótko czerpał z tej intratnej posady korzyści materialne. W końcu, w 1528 roku nowy król Czech i Węgier Ferdynand I Habsburg (1503-1564) ulegając protestom świdniczan, stanów śląskich i króla polskiego, zamknął świdnicką mennicę, „zwijając” półgroszkowy interes.

    Nie zlikwidowało to problemów Zygmunta I Starego, który musiał uruchomić dwie nowe mennice – w Krakowie i Toruniu zajmujące się przetapianiem półgroszków świdnickich z powrotem na koronne. Bo świdnicki półgroszek nadal cieszył się olbrzymią popularnością w Polsce, a na przykład na ziemiach pruskich był praktycznie podstawową drobną monetą w obiegu.

    Nie wiadomo dokładnie ile w ciągu ponad 10 lat trwania tego kokosowego interesu wybito półgroszków w Świdnicy. Dość powiedzieć, że tylko pierwsza umowa Ludwika II Jagiellończyka z mincerzem Paulem Monauem zezwalała temu ostatniemu na przetopienie 100000 grzywien praskich srebra czyli około 25 ton tego kruszcu, z którego można było wybić około 77 milionów półgroszków świdnickich! Prawdziwy „potop” na ziemiach polskich i to grubo na sto lat przed… Szwedami. Półgroszki świdnickie skupowano i przetapiano na półgroszki koronne przez następnych kilkanaście lat. Gdy opanowano sytuację w Koronie, okazało się, że półgroszki świdnickie „przeniosły się” na Litwę, gdzie w latach 1546-1547 skupiono ich jeszcze ponad 3 miliony sztuk. Ostatnie wzmianki o przetapianiu półgroszków świdnickich na monety koronne, pochodzą z 1562 roku.

    Mimo tak długotrwałych prób „wyłapywania” tej monety półgrosze świdnickie są obecnie na rynku kolekcjonerskim bardzo popularnym i w miarę dość tanim towarem numizmatycznym. Można je bez problemu nabyć na aukcjach internetowych oraz na giełdach i targach staroci.

    Czy półgroszki były monetą legalną, czy fałszerstwem? Genialność planu Ludwika II Jagiellończyka polegała na tym, że były i jednym, i drugim, co pozwalało mu przez długie lata udawać „zdziwienie” oraz „rżnąć głupa” wobec protestów dotyczących półgroszków świdnickich i jednocześnie czerpać w tym czasie ogromne zyski z ich wybijania. Król Czech i Węgier jako jakby nie było Jagiellon, miał prawo bić „prywatną” monetę z herbem Jagiellonów, który to identyczny herb, dokładnie taki sam znajdował się na półgroszkach koronnych. Nadto napis na monecie wyraźnie określał, jego właściciela. Była więc to moneta w pełni legalna, ale…Uderzające podobieństwo do półgroszków koronnych w połączeniu z ogromnym wówczas analfabetyzmem, sprawiało, że przy masowości użycia świdnickiej monety, jako podstawowego środka płatniczego pozostającego w obiegu, półgroszki te były niemal nierozpoznawalne przy tysiącach codziennych, drobnych transakcji i mogły uchodzić za wartościowsze półgroszki koronne. W tym kontekście była moneta świdnicka fałszerstwem, a w każdym razie jawną machloją finansową, na pewno subtelniejszą niż niejedna ze współczesnych afer finansowych.

    Warto wspomnieć, że w 2010 roku podczas prowadzonych przy zachowanym trzonie wieży ratuszowej pracach ziemnych znaleziono srebrną monetę, która zaraz po jej odnalezieniu została oddana do jednego z wrocławskich laboratoriów w celu konserwacji. Pod koniec lipca 2010 roku dyrektor Muzeum Dawnego Kupiectwa w Świdnicy Wiesław Rośkowicz z dumą oznajmił dziennikarzowi Nowego Tygodnika Świdnickiego: „Otrzymałem zdjęcie tej monety już po jej oczyszczeniu i udało mi się ją zidentyfikować. To węgierski fenig z 1525 roku. Nie jest to jednak zwykła moneta. Była ona wybijana w świdnickiej mennicy w okresie, kiedy zarządzał nią słynny świdnicki mincerz Paul Monau!”. Węgierskie fenigi były wybijane w Świdnicy na zlecenie króla Czech i Węgier Ludwika II Jagiellończyka. Monetę tę opisał w swoich Szkicach z historii miasta Świdnicy Heinrich Schubert: „Na awersie dostrzegamy czteropolowy herb z polskim orłem w polu sercowym, nad nim umieszczona jest data roczna 1525, a po bokach widnieją litery P M, to znaczy Paul Monau. Na rewersie ukazana jest Madonna z Dzieciątkiem, umieszczona między literami L R, to znaczy Ludovicus Rex (Król Ludwik).” Znalezisko okazało się podwójnie cenne. „Oprócz faktu, że moneta ta była wybijana w świdnickiej mennicy, przez najsłynniejszego świdnickiego mincerza, cieszy nas ona dlatego, że nie mieliśmy jej do tej pory w naszych zbiorach” stwierdził dyrektor Rośkowicz.

    Wszystkie drobne artefakty, które zostały odnalezione podczas prowadzonych prac ziemnych przy odbudowie wieży ratuszowej, po zabiegach konserwatorskich zostaną przekazane do świdnickiego muzeum.

    Na zakończenie jeszcze jedna, już ostatnia ciekawostka. Będąc w pobliżu świdnickiej katedry warto zobaczyć pewien okruch minionych czasów związany z rodziną Monau i zwrócić uwagę na drobiazg sztuki sepulkralnej, jaki z reguły umyka uwadze znakomitej większości turystów i przykuwa oczy tylko nielicznych, wnikliwych obserwatorów. W bruku, użyty wtórnie jako płyta chodnikowa, przy północno-zachodnim narożniku kościoła, z tyłu krzyża milenijnego i za niskim żelaznym ogrodzeniem leży prostokątny fragment piaskowcowej, późnogotyckiej, mocno startej płyty nagrobnej z inskrypcją w górnej części: „…monav…” i poniżej herbem Monau (trzy półksiężyce ustawione w rozstrój) w skłonie heraldycznym. Brakuje dolnej części nagrobka, która nie zachowała się do naszych czasów. Całość pierwotnie zapewne znajdowała się w posadzce wewnątrz kościoła, skąd nagrobek przemieszczono być może w okresie po przejęciu świątyni przez protestantów lub w trakcie jej barokizacji. Znany świdnicki historyk Edmund Nawrocki wzmiankując powyższy nagrobek w 1988 roku podał inskrypcję i połączył płytę z osobą Paula Monaua. Taką identyfikację wykluczył jednak historyk sztuki, doktor habilitowany Bogusław Czechowicz - pracownik naukowy Uniwersytetu w Hradec Králové. W jednym z XVII-wiecznych rękopisów odnalazł on bowiem inskrypcję z nagrobka Paula Monaua, która jest zbyt długa by mogła się zmieścić w całości na płycie przy katedrze świdnickiej. Monau bez imienia wciąż więc czeka na swojego odkrywcę i ostateczną identyfikację.


    Kategoria: Pozostałe

  • Dodaj komentarz

    Dodaj komentarz