Legenda o Marcegorzu ▪ Jan Górski

Opublikowano: 24 maja 2012, Odsłon: 2 582
  • Wśród wielu legend, jakie krążą po świecie, powstała i ta o świdnickim piwowarze, który zasłynął ze swojego piwa i tajemniczego zaklęcia.

    Nikt nie znał jego pochodzenia. Mówili, że do Świdnicy przybył z Czech, inni dodawali, że był Żydem, a jeszcze inni, że pochodził ze starej zacnej szlachty, bo często zdarzało mu się u samego Księcia Bolka II biesiadować.

    Marcegorz Mocny”, bo tak go większość nazywała, był postacią niezwykłą, a jego niektóre wyczyny budziły podziw i respekt. Kiedyś widziano go jak idąc przez rynek pod jedną ręką niósł beczkę z piwem, a w drugiej trzymał garść kwiatów białego jaśminu. Podobno kochały się w nim ówczesne białogłowy, bo potrafił pięknie śpiewać i dowcipem bawić. Ale, ale – znał on przepis na dobre piwo, jakiego nikt inny uwarzyć nie potrafił. Browar swój prowadził w podziemiach koło Świdnicy, a swoje piwo sprzedawał w wielu wyśmienitych karczmach, nie tylko świdnickich. To piwo nazywano „marcowym”. Były też jego odmiany: „mocne” i „gorzkie”. Marcegorz pilnie strzegł tajemnicy składników swojego piwa i sposobu jego warzenia. Podobno kiedy dostarczano zboże, musiało ono być dorodne, grube i suche, a przebierane szyszki chmielu musiały być w pełni dojrzałe i posiadać charakterystyczny zapach. Wodę zaś czerpano z polnego źródełka. Marcegorz sam osobiście doglądał wszystkich prac, choć zatrudniał wielu doświadczonych starych piwowarów. Często widywano go jak nocą pochylał się nad kadziami i dosypywał z woreczka jakieś zioła, których składu, proporcji i nazw nikt inny nie poznał. Przed napełnieniem beczek sam osobiście degustował każdą partię swojego złotego napoju.

    Świdnickie piwo miało swój niepowtarzalny i wyśmienity smak, a jego wartość dobrze znano we Wrocławiu, Krakowie, Pradze i Pizie. Było ono silną konkurencją dla wielu ówczesnych browarów, a w pewnym okresie stało się przyczyną „wojny piwnej”. I to jest już prawda historyczna.

    Niestety piwo świdnickie było drogie i nie wszyscy mogli sobie na nie pozwolić… Pili więc często piwo tańsze, strzegomskie lub lubańskie. Marcegorz widząc rosnącą konkurencję u samego Księcia Bolka II zabiegał o przywilej podawania w Świdnicy tylko piwa świdnickiego i taki przywilej otrzymał. W Świdnicy przez pewien czas oficjalnie pito tylko świdnickie piwo. Książę Bolko II, który miał aspiracje dorównywać przepychem wielkim monarchom, chętnie gości swoich miejscowym piwem częstował. Świdnickie piwo często wypierało ze stołów uznane wina, a i bywało ono droższe od węgrzynów i miodów.

    Za czasów Marcegorza w Świdnicy dobrze się działo. Kwitło rzemiosło. Mieszkało tu wielu wspaniałych mieszczan zrzeszonych w licznych cechach: budowniczych, tkaczy, ślusarzy, przędzalników, krawców, kuśnierzy, szewców, nożowników, garbarzy, różnych kupców itp. Wspaniale funkcjonował handel, a świdniccy kupcy byli na tyle aktywni, że z powodzeniem konkurowali z wrocławskimi.

    Marcegorz żyjąc dostatnio, postanowił założyć rodzinę. Od dawna podobała mu się pewna piękna szlachcianka. Była to córka miejscowego kupca wywodzącego się ze starego, choć nieco podupadłego – w wyniku przegranych sądów o przysłowiową miedzę – rodu szlacheckiego. Beatrycze była wesołą, smukłą i długowłosą blondynką o zalotnym błysku w oczach i prześlicznym uśmiechu. Niestety nie okazywała ona Marcegorzowi wielkiej sympatii, a z jego zalotów lubiła żartować. Załamany Marcegorz na jakiś czas, rzekomo w interesach, wyjechał do Lwówka Śląskiego. Przez długi czas przebywał w Czechach, a później nawet na Rusi. Kiedy wrócił do Świdnicy jego browar nie był już tym samym browarem. Pełne beczki niesprzedanego piwa, które już zaczęło powoli kwaśnieć uświadomiły Marcegorzowi, że znalazł się w bardzo trudnej sytuacji. Pod jego nieobecność, jego dawna wybranka wyszła za mąż za bogatego Żyda Izaaka. Izaak będąc dużo starszym od Beatrycze był niezwykle o nią zazdrosny. Zamykał ją więc w domu przed całym światem, gdzie miała rodzić kolejnych jego potomków. Piękną, choć smutną Beatrycze rzadko można było zobaczyć na spacerze, które kiedyś tak uwielbiała. Przestała też chodzić do kościoła, gdzie kiedyś co niedziela Marcegorz mógł się jej przyglądać.

    Marcegorz był nadal dobrą partią matrymonialną, ale o ożenku przestał już rozmyślać.

    Postanowił wrócić do browaru…

    Na najbliższym tygodniowym targu, gdzie zwykle sprzedawano piwo Marcegorza, tym razem rozdawano je za darmo. Cała Świdnica i okolica w tym dniu piła piwo weseląc się i chwaląc fundatora. Na drugi dzień, kiedy browar opustoszał znaleziono dziwne pismo napisane po łacinie i jeszcze bardziej tajemniczą dużą, grubą kopertę adresowaną do Przeora Dominikanów. Kiedy to tajemnicze pismo zostało przetłumaczone okazało się, że Marcegorz wyjechał w świat szukać swojego nowego miejsca, a browar i jego tajemnicę czyli sposób warzenia doskonałego piwa przekazał Dominikanom. Jak się później okazało, oprócz różnych dokumentów i receptur na piwo była też w kopercie zapowiedź o nadchodzących, wręcz tragicznych czasach dla Świdnicy. Marcegorz miał podobno przepowiedzieć również, że nadejdą czasy, kiedy jego piwo znów zacznie sławić Świdnicę i sprawi jej ponowny rozkwit gospodarczy. O innych treściach przekazanych w kopercie Dominikanie nigdy nie chcieli mówić. Domyślano się, że było w niej zaklęcie, które nie pozwoliło nikomu zdradzić tajemnicy Marcegorza. Nadmienić tu trzeba, że wówczas Dominikanie mieli też swoje browary oraz gorzelnie i dobrze prosperowali w tej branży. Czy korzystali z przepisów Marcegorza?

    Po wielu latach, kiedy o Marcegorzu słuch zaginął i mało kto go już pamiętał pozostały tylko nazwy piw świdnickich. Historia i ślady tych czasów podają, że i Dominikanie opuścili Świdnicę i dziś nikt nie wie, gdzie się kryją tajemnice Marcegorza. A może są jeszcze gdzieś w średniowiecznych murach Świdnicy? Na pewno warto poszukać, przecież jest tam też zapowiedź powrotu do świetności miasta, a dobre piwo też by się przydało…


    Kategoria: Fantasy, legendy, mity, podania

  • Dodaj komentarz

    Dodaj komentarz