W połowie lat dziewięćdziesiątych Teatr Telewizji Polskiej zwrócił się do mnie z prośbą o wskazanie stacji, na której można by było nakręcić dwie sceny dla poniedziałkowego teatru. Warunki były tylko dwa – stacja musiała posiadać zadaszoną półwiatę peronową i w promieniu do pół kilometra nie powinno być żadnych zabudowań.
Razem objechaliśmy wszystkie stacje i przystanki linii 285 poczynając od Strzelec Świdnickich aż do Lubachowa, ale żadna z tych lokalizacji nie znalazła uznania w oczach filmowców. Kiedy wracaliśmy do Jaworzyny Śląskiej, na moment zatrzymaliśmy się na moście w okolicach stacji Świdnica Kraszowice – i to było to!
Zapadła decyzja, że za dwa dni na stacji pojawi się reszta ekipy by nakręcić wspomniane scenki. I tu pojawił się problem. Cały teren stacji był niemiłosiernie zarośnięty trawą, na peronach walały się jakieś śmieci, a ich krawędzie były sczerniałe od smaru i brudu. Czasu było mało, więc namówiłem (za cenę zwolnienia z lekcji) dwóch uczniów z Technikum Kolejowego w Jaworzynie Śląskiej – zresztą wielkich miłośników kolei – by wspólnie jakoś przygotować teren.
Ciężko pracowaliśmy cały dzień kosząc trawę nie tylko z obu peronów, ale i z sąsiednich torów na długości przeszło pół kilometra. Perony zostały dokładnie wymiecione, a ich krawędzie pomalowane świeżą biała farbą. Chłopcy pomalowali również słupki i wewnętrzny strop wiaty. Dzięki uprzejmości Naczelnika Sekcji Drogowej w Świdnicy, drezyną zwieźliśmy z peronu stacji Świdnica Miasto zabytkową ławkę, na której miała się rozgrywać pierwsza kręcona scena oraz kilka przenośnych tarcz i wskaźników, które ustawiliśmy tuż za ławką.
Na drugi dzień w południe pojawiła się ekipa filmowa. Przyjechali mikrobusem marki Nysa i dwoma samochodami ciężarowymi marki Robur. Po rozstawieniu dekoracji, zaczęło się kręcenie filmu. W pierwszej scenie, smutny mężczyzna siedzący samotnie na ławce, zrywał się z niej kilkakrotnie podbiegając do krawędzi peronu a następnie zrezygnowany zawracał na ławkę. Widocznie robił to niezbyt przekonująco, bo tą krótką scenę kręcono kilka razy a chłopcy musieli zatykać uszy by nie nauczyć się nowych słówek.
W drugiej scenie na stację wjeżdżał zabytkowy pociąg z parowozem i dwoma wagonami „boczniakami”, z których wysiadała jedna osoba. Podbiegał do niej siedzący do tej pory na ławce mężczyzna, a wszystko to odbywało się w czasie ulewnego deszczu. Deszcz ten tworzyły sikawki dwóch wozów Straży Pożarnej. Ich operatorzy nie byli chytrzy, także wkrótce wszyscy dookoła byli dokładnie przemoczeni.
Wszystko to trwało około dwóch godzin. Po zakończeniu kręcenia zdjęć, kierownik produkcji złożył nam serdeczne podziękowanie. Odjeżdżając spytał się gdzie w Świdnicy można wypić dobre piwo i ewentualnie, dyskretnie się wysuszyć lub przebrać. Poleciłem Beczkosia.
Nie pamiętam już jaka to była sztuka i czy została dopuszczona do rozpowszechniania.
W trakcie sprzątania stacji, na końcu pierwszego peronu w okolicach wiaduktu odkryliśmy stare pudło wagonu krytego. Stało z boku, a jego widły maźnicze wbite były głęboko w ziemię. Na przerdzewiałej ostoi udało się rozszyfrować jego pochodzenie. W przeszłości, był to kryty wagon Kolei Wittemberskich zbudowany w 1874 roku. Do ostoi przymocowana była owalna miedziana tabliczka z wyciętymi napisami:
Arno
Thiessen
Kroischwitz
Kr.Schw.
Tabliczkę tą udało mi się zachować w całości. Zacząłem ustalać, kim był ten Arno Thiessen i znalazłem, że był on kupcem branży zbożowej, paszowej i nawozowej. Tylko co robiła ta wizytówka przy pudle wagonowym? I tu pojawiło się kilka możliwości:
- Był na tyle majętny, że posiadał własne wagony kryte,
- Był majętny, ale stać go było tylko na dzierżawę wagonów,
- Pudło było tylko podręcznym magazynem jego towarów, którymi handlował.
Przypadek pierwszy – raczej mało prawdopodobny. Po zjednoczeniu kolei w latach dwudziestych, Koleje Rzeszy nie uznawały konkurencji.
Przypadek drugi – większe prawdopodobieństwo. Zdarzało się, że Koleje Rzeszy dzierżawiły firmom lub osobom prywatnym najstarsze, mało przydatne wagony, które były jeszcze na tyle sprawne by mogły kursować w niektórych pociągach zdawczych. Były to wagony dawnych Kolei Oldemburskich, Bawarskich czy Wittemberskich. Za przewóz takich wagonów kolej kasowała i czynsz dzierżawny i przewoźne. Nadawca zaś miał pewność, że towar będzie miał czym przewozić.
Przypadek trzeci – najbardziej prawdopodobny, tylko pytanie ile takich magazynów posiadał na stacji Arno Thiessen?


Nastawnia dysp SK jedna z piękniejszych w DOKP ! Pozdrawia Rsp Henio !