Wojciech Browarny w przenikliwym szkicu na temat twórczości świdnickiego prozaika(1) zwrócił uwagę na to, że Tajemnice ulicy Pańskiej i Niebieskie Zakony można odczytywać na co najmniej trzech płaszczyznach. Jedną z nich jest spojrzenie na utwory jako na powieści kryminalne z zastrzeżeniem, że nie są to kryminały retro, a sam autor eksperymentuje z formą. Po drugie, można traktować prozę Wojciecha Korycińskiego jako powieści historyczne. Po trzecie wreszcie, warto świdnickie książki czytać jako narrację regionalistyczną. Dodam jeszcze jedną perspektywę, która otworzyła się po mojej wieloletniej korespondencji ze świdnickim pisarzem ‒ oba dzieła to powieści z kluczem do współczesności.
Kreśląc obraz miasta przedstawiony w utworach Wojciecha Korycińskiego, warto skupić uwagę na elementach miejskiego pejzażu kulturowego. Wśród nich znajdują się między innymi ulice ze swoimi nazwami, budowle ze swoimi historiami, wytwory kultury materialnej i duchowej, postacie historyczne związane z miejscem, przekazywane legendy, historie lokalne, pasaże po mieście, używane w tej okolicy języki oraz kuchnia. Wszystkie te elementa wpływają na genius loci, to one tworzą miejsce, ale i ono poniekąd je wywołuje i formuje(2).
Ulice i budowle
Akcja obu książek Tajemnice ulicy Pańskiej i Niebieskie Zakony nominalnie toczy się w Schweidnitz w końcu XIX wieku (odpowiednio lata 1895 i 1894). Tak naprawdę jednak rozgrywa się również współcześnie, realia bowiem w nich przedstawione odnoszą się nie tylko do historii, ale również do sytuacji mających miejsce wiek później. Tak zatem historyczne wiadomości o miejscu Koryciński wzbogacił wiedzą dotyczącą czasów obecnych.
W Tajemnicach ulicy Pańskiej wszystkie ulice, knajpy, zakłady, kamienice, browary są prawdziwe. Wyjątek stanowi gospoda „U Czecha”. Loża „Pod Prawdziwą Jednością” istotnie istniała. Dom publiczny także rozwinął w mieście swą działalność, ale nie miał nazwy „69 Wyzwań”. Ona została wymyślona przez autora, lecz lokalizacja odnosi się do dwudziestowiecznej Świdnicy, kiedy to rezydowała w mieście szajka bokserów (drużynowi mistrzowie Polski z 1998 roku), którzy prowadzili dom publiczny, a współpracowali z nimi świdniccy policjanci. Swego czasu w mediach ogólnopolskich głośna była sprawa ich procesu, a sam gang doczekał się nawet hasła w Wikipedii(3).
W Niebieskich Zakonach bazylika została opisana detalicznie w oparciu o źródła. Do wyjątków należy małe pomieszczenie ‒ biblioteka ‒ pod którą, nie dajmy się zwieść Korycińskiemu, nie ma krypty. Na pewno w świątyni były ciągi komunikacyjne między poziomem 0 (nawy) i strychem (ponad nawami) ‒ wychodzi się nad nawami bocznymi do nawy głównej dwoma ciągami schodów, jeden z nich został zasypany. Istnieje też komunikacja pomiędzy poziomem 0 a kryptami, co jest oczywiste, ale już pomiędzy samymi kryptami jej nie ma. Stanowią bowiem one oddzielone od siebie miejsca pochówków wpływowych rodów. Także Kościół Pokoju Koryciński opisał zgodnie z prawdą. Ciekawym zabiegiem jest próba rekonstrukcji XIX-wiecznej synagogi, która została zburzona podczas Nocy Kryształowej. Zachowały się jedynie fotografie obiektu z zewnątrz, dlatego opis wnętrza to już efekt działań wyobraźni autora, który korzystał z Polskiego Słownika Judaistycznego(4). Dodatkową inspiracją okazał się zachowany rzut poziomy synagogi ‒ można go znaleźć na stronie internetowej wywodzącego się ze Świdnicy niemieckiego historyka Horsta Adlera(5). Natomiast wspominana często średniowieczna synagoga (znajdująca się niegdyś w podwórzu między ulicami Kotlarską/Kumpferschmiede Strasse i Grodzką/Burg Strasse) została przedstawiona zgodnie z prawdą historyczną (tu głównie autor skupił się na wątku obrazu Wypędzenie Żydów, który obecnie znajduje się w świdnickiej katedrze. Także wspomniany w źródłach dom publiczny „Kartoflany Młyn” istniał, a właścicielka i prostytutka to postacie historyczne. Wizja biblioteki jezuickiej pozostaje zgodna z prawdą, z wyjątkiem przemieszczających się regałów. Autor korzystał z artykułów o księgozbiorze ks. Zdzisława Leca zamieszczonych w „Roczniku Świdnickim”(6). „Czarny Dom” to określenie z powieści Tomka Tryzny. To był dom, który stał w uliczce Wewnętrznej, tam, gdzie mieszkał autor Bladego Nika. Stanowił przyporę wieży ratuszowej. Firma budowlana z Legnicy ten dom wyburzyła i w 1967 r. wieża ratuszowa runęła. W tej kamieniczce autor Niebieskich Zakonów umieszcza scenę spotkania anarchistów (zob. NZ, s. 156-157). Wątek anarchistyczny autor zamierza rozwinąć w trzeciej części trylogii Reges fugae.
W jednej ze scen Niebieskich Zakonów Maximilian Schulz wchodzi do bazyliki i modli się. Narrator w charakterystyczny dla siebie ironiczny sposób, niepozbawiony zresztą racji, wskazuje na moc związku człowieka z miejscem:
Schulz zaczynał rozumieć proboszcza Simona. Po trzydziestu latach spędzonych w bazylice, poświęconych badaniu jej historii, znoszeniu cierpień wynikających z tego, jakie skojarzenia budzi i ze względu na jakie wartości została wzniesiona, trudno nie stać się jednym z kamieni, które ją tworzą, lub figurą wyrzeźbioną, by przemawiała za pomocą jednego gestu, stanowiąc exemplum. Schulz stawał się powoli częścią świątyni, jej wiernym wyznawcą, który nie umiał jej pojąć i dlatego dał pojmać się jako niewolnik. I jako niewolnik nie będzie już pytał, by ją zrozumieć, lecz w milczeniu będzie ją wielbił (NZ, s. 130-131).
W tej metaforze idea utożsamienia się z miejscem przybiera piękny kształt i wszystko wyglądałoby pięknie, gdyby nie wspomniana autorska ironia, która przywiązanie do malej ojczyzny oraz ducha miejsca przedstawia z dystansu, niejako biorąc to wszystko w nawias i traktując jako konstrukt. Obydwie powieści Korycińskiego są przecież utworami literackimi opartymi na pomysłowych konceptach.
Obrazy Świdnicy w powieściach Korycińskiego mają charakter wielokulturowy, wielonarodowy i wielowarstwowy. Warto zwrócić uwagę na to, że pisarz sięga po motyw czytania miasta jako tekstu, a mówiąc dokładniej: palimpsestu. Odbywa się to na co najmniej trzech płaszczyznach: autora, narratora i bohaterów. Rzeczona umiejętność stanowi o kompozycji dzieła literackiego, ale także pomaga bohaterom w dochodzeniu do prawdy, w odkrywaniu zagadek, poszukiwaniu skarbu, który zresztą w obu utworach również okaże się tekstem. Kolejne warstwy zawierają kolejne treści. O historii i legendach przywoływanych przez autora w celu rozwijania akcji, urozmaicania toku narracji czy po prostu zaznajomienia czytelnika z pewnymi kwestiami można czytać z przyjemnością. W zestawieniu z innymi źródłami widać, jak pisarz bawi się poszczególnymi elementami, modyfikuje legendy, ubarwia, ale i uwiarygodnia, interpretuje wymowę artefaktów, odtwarza lub tworzy obrazy przeszłości. Co ciekawe: w tej przeszłości odbija się także współczesność autora. Zaznajomieni z lokalnym życiem społecznym i politycznym czytelnicy rozpoznają w poszczególnych bohaterach rysy współczesnych postaci, działaczy, polityków, a w powieściowych wydarzeniach aluzje do niedawnych, festiwali, wernisaży, spotkań etc. Dlatego właśnie dzieła Korycińskiego to także powieści z kluczem.
Jeszcze o architekturze
Wśród wielu elementów świdnickiego pejzażu architektura zajmuje miejsce prymarne. Znakami tego krajobrazu – landmarkami ‒ są bazylika i Kościół Pokoju. Do prozy autor wprowadza specjalistyczne słownictwo związane z danymi obiektami – kościołami, synagogą, kamienicami, pałacami i zamkami. W przypadku Niebieskich Zakonów oprawa architektoniczna stanowi scenerię dramatów i działań bohaterów. Roi się w tekście od portali, empor, ambon, gzymsów, kolumn, reliefów, filarów, arkad, naw, a nawet pojawiają się filakterie i panoplia (NZ, s. 57). W powieści też mamy słownictwo hebrajskie, nazywające elementy architektury czy wystroju i zawartości wnętrz. Czasami słów tych nie znajdziemy w słowniku wyrazów obcych: bima, aron (ha-kodesz), rodał, parochet, kaporet, ner tamid, kartusze, lulawy, etrogi i Ejc Hachajim. „Wśród zwierzęcych przedstawień dominowały: neszer, lejb, fisz, lempert, bok, ejnhorn, hirsz, był nawet jeden Liwjatan” (NZ, s. 164-165). W ten sposób w powieści pozornie rozrywkowej autor oddał ezoteryczną specyfikę i charakter miejsca. Jednocześnie czytelnik uświadamia sobie, że nie tylko o rozrywkę tu chodzi, a także nie tylko o obraz miasta.
Architektura bywa tematem rozmyślań i rozmów bohaterów. Maximilian Schulz z Niebieskich Zakonów udaje się w towarzystwie baronowej dwukółką poza Schweidnitz (Świdnicę) do miejscowości Würben (Wierzbna) z najstarszym w powiecie kościołem romańskim (gwoli ścisłości – wieżą romańską) z obrazem przedstawiającym Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny, autorstwa śląskiego Rafaela – Michaela Willmanna. Dyskutują o architekturze i o znaczeniu jezuickiego baroku w XVII wieku. Baronowa jest przekonana, że styl ten jest jak „pasożyt, który żywi się obcą tkanką” (NZ, s. 99). Przysłonił piękno tutejszego zamku i kościoła, zasłaniając sobą niejako dawne style. Baronowa opowiada filologowi legendę o Zbigniewie Brocie (trudno tu nie dopatrywać się odwołania do postaci polityka PO Zbigniewa Chlebowskiego), który (przeciwnie niż Robin Hood) grabił biednych, a łup oddawał bogatym. W końcu go złapano i ucięto mu ręce. Teraz błąka się po cmentarzach i nie może otrzeć spoconego czoła, dlatego nazywają go też Zbigniewem Potliwym. Jego widmo pojawia się w lustrze wody i jest zwiastunem nieszczęść. Baronowa wspomina o tym, że podczas swoich podróży po Śląsku w zamku przebywał Goethe, a bohater cytuje Fausta: „Kto jesteś więc? – Tej siły cząstka mała, która wciąż złego pragnie, a dobro wciąż działa” (NZ, s. 98).
Protagonista także pozna podziemne przejścia, piwnice i komnaty. W ich opisie pojawią się detale architektoniczne. Tak jest w przypadku jasnej komnaty, do której udaje mu się dostać z mrocznego korytarza, mającej okna gotyckie, oskrzydlonej dwoma bocznymi pomieszczeniami. Pierwsze zaopatrzone jest w impluvium, basenik zbierający wodę z opadów. Bohater spojrzał w lustro wody, ale nie zobaczył swojego odbicia, a jedynie bogato zdobione sklepienie kolebkowe, a kiedy spada tam kropla potu z jego czoła, rozchodzą się w zbiorniku fale w kształcie prostokątów. Drugie pomieszczenie boczne miało posadzkę z ciemnych kafli, a jego symetrię zaburzała ścieżka z jasnych płytek, po której przemieszczał się promień słońca wpadający przez oculus i podążający wzdłuż białych kafli – to meridiana. Tu jednak Max, stanąwszy w świetle, nie rzucał cienia. Osobliwe miejsce każe zastanowić się bohaterowi nad sobą i nad swoim życiem, nad ograniczeniami umysłu i pamięci, nad tajemnicami istnienia.
Architektura bywa uwikłana w mistykę, gematrię, geometrię i inne dziedziny ludzkiej wiedzy. Jezuicki mistrz w manuskrypcie przekonuje, że robienie znaku krzyża to za każdym razem wznoszenie na nowo świątyni św. Stanisława i św. Wacława. Krzyż jako połączenie koła i kwadratu nawiązuje do mistycznych figur, którymi posługiwali się budowniczowie katedr, wierząc, że naśladują w tym względzie Boga stwarzającego świat z niczego. A zatem czynienie znaku krzyża to wznoszenie świątyni, a to z kolei stanowi odbicie Nowego Jeruzalem z Apokalipsy św. Jana. Taka nauka wskazuje na znaczenie świątyni, architektury sakralnej, każe głębiej spojrzeć do wnętrza kościoła i rozpatrywać znaczenia poszczególnych jego elementów.
W powieściach autor pomieścił pasaże, wędrówki po mieście, np. Augusta Witticha, który opowiada rodzinie i znajomym o poszczególnych zabytkach, domach, obiektach. I tu jednak mamy dystans autorski do prezentowanych treści. Widać to chociażby w trakcie podróży dorożką głównego bohatera z piękną nieznajomą, gdzie mamy dwa plany. Na jednym opis mijanej architektury miasta z budynkiem dworca, Hotelem Thamm, pocztą Cesarską, Więzieniem i Sądem Krajowym. Na drugim bohater poznaje „giętką architekturę” kobiecego ciała. Oto jak upojne chwile Maxa prozaik przedstawia, posługując się słownictwem związanym z architekturą i religią:
Po krótkich studiach z topografii przystąpił do badania proporcji tej pogańskiej świątyni. Przeprowadzone z naukową precyzją badania ustąpiły szybko miejsca medytacji i rekolekcjom. Już jako nawrócony przystąpił do niej i modlił się żarliwie palcami i ustami (TuP, s. 33).
Dzięki takim zabiegom jak powyższy wiedza o realiach miasta podana jest w sposób intrygujący, zawsze ciekawy i niejednokrotnie zaskakujący. W tym wypadku architektura wespół z teologią użyczają swego zasobu słownictwa do opisania zmysłowych rozkoszy.
Jeśli nazwałbym te książki lekturą lekką, łatwą i przyjemną, jaką powinna być literatura popularna, zasadniczo omyliłbym się. Chyba tylko ostatni epitet można uznać za zasadny. Pod płaszczykiem powieści kryminalnej kryją się bowiem sprawy znacznie istotniejsze od wątków detektywistycznych. Słowem, są to książki o ambicjach znacznie przekraczających zamierzenia literatury popularnej. Jakie to ambicje? Jest ich wiele. Warto wskazać: walory poznawcze, poszukiwanie sensu, diagnoza rzeczywistości, refleksja na temat sztuki, rozważania filozoficzne, pomysły artystyczne w warstwie językowej i znaczeniowej utworów, aluzje nie tylko do innych dziel i arcydzieł, ale także do kierunków i prądów artystycznych.
Zakotwiczenie ekspresjonistyczne
Prowincja nie stanowi zamkniętego obszaru nieulegającego wpływom i nurtom europejskim. W powieści Tajemnice ulicy Pańskiej pisarz zamieścił wiele odwołań do ekspresjonizmu. Cytaty otwierające poszczególne rozdziały pochodzą z dzieła Poza dobrem i złem Fryderyka Nietzschego. Filozofia tego myśliciela stanowi podwaliny sztuki ekspresjonistycznej. Proponuje on skrajny indywidualizm, antymieszczańskość i antychrześcijańskość. Na początku Tajemnic ulicy Pańskiej, gdy Max przyjeżdża do Breslau, pozostaje pod wpływem alkoholu. Bohater za pomocą wyobraźni, wrażliwości i znajomości obrazów przenosi się na ulicę Karl Johann w Oslo. Jest to aluzja do obrazu malarza ekspresjonistycznego Edwarda Muncha Ulica Karl Johann. Inger to siostra malarza, którą często portretował. Munch znał się z Dagny Juel i Stanisławem Przybyszewskim i bywał w Berlinie w „Pod Czarnym Prosiakiem”. Max bywał w tym lokalu, a w Schweidnitz oczywiście zaglądał do Brau-Commune przy Wilhelm Platz:
Zdało się, że w pewnej chwili rozmowy w zatłoczonej sali stonowano. Nawet przy sąsiednim stoliku histeryczne okrzyki, jakie wydawała szczupła blondynka, przechodziły w ledwo słyszalne szmery miło uwodzące męskie małżowiny, tak bardzo wrażliwe na agresję dźwięków intonowanych przez oburzone kobiece usta w domowych operach. Światło rytmicznie pulsowało, przebijając się przez tytoniową mgłę i tworząc widmo dźwięków, delikatną harmonię szumów. Tak właśnie w tej chwili pogrążony w przyjemnym rozkojarzeniu Max postrzegał świat – symfonię ludzkich ciał. Podano trzecie piwo (TuP, s. 31).
Histeryczne krzyki, agresja dźwięków, widmo asonansu, harmonia szumów – to określenia muzyki ekspresjonistycznej, tworzonej przez austriackich kompozytorów drugiej szkoły wiedeńskiej (Arnold Schoenberg. Anton Friedrich Wilhelm (von) Webern i Alban Maria Johannes Berg).
Trzy kolory okładek obu powieści: biały, czerwony, czarny oznaczają trzy podstawowe barwy ekspresjonistyczne. Na okładce Tajemnic ulicy Pańskiej znajdziemy odniesienie do bazyliki (obecnej katedry). Interpretować je można różnie, np. jako schematyczny obraz wieży, jako trzy nawy – główną i dwie boczne, a odwrócenie linii prawej może symbolizować niedokończenie budowy drugiej wieży (była w planie, ale koszty zdecydowały o tym, że projekt zarzucono). Można tę okładkę uznać także za zapowiedź drugiej powieści, która została poświęcona w głównej mierze bazylice. W Niebieskich Zakonach na czerwonym tle widnieje graficzny znak białej ryby, co oznacza chrześcijaństwo, natomiast pół białej gwiazdy Dawida odwołuje się do judaizmu. Czarny element ma charakter tajemniczy i niewyjaśniony. Może to hitlerowski wąsik (Świdnica obok Wrocławia przed II wojną światową była najbardziej hitlerowskim miastem w Niemczech), a może też ta strzałka to bombowy symbol nadchodzącej wojny?
Także zdjęcia Karola Czecha zamieszczone w Tajemnicach ulicy Pańskiej ukazują ekspresjonistyczne miasto, uchwycone w rozedrganiu wynikającym z serii zbrodni wstrząsających pielęgnującym własne cnoty, stabilnym i zasiedziałym mieszczaństwem. Fotografie ukazują także stan umysłu mordercy. W Niebieskich Zakonach zdjęciom ciała odpowiadają fotografie przedmiotów i przestrzeni. Nawiązują do pewnej opowieści kabalistycznej mówiącej, że przestrzeń narodziła się z trzech liter alfabetu hebrajskiego (punkt, pionowa prosta, i od tej prostej u góry odchodząca z lewej strony kolejna prosta wskazują na trzy wymiary). Biblia stanowi przecież świat dla Żydów. Pismo to realność. Zmieniając coś w piśmie, zmieniamy całą strukturę rzeczywistości (zob. NZ, s. 192-193). Świat tekstu i świat pre-tekstu zazębiają się.
Bohaterowie powieści i ich pierwowzory
Przez powieści Korycińskiego, jak przystało na ten gatunek literacki, przewija się cała rzesza bohaterów. Klasycznie można ich podzielić na postaci fikcyjne i historyczne.
W Tajemnicach ulicy Pańskiej do tych pierwszych należą: rodzina Wittichów (jedynie August Wittich ma pierwowzór współczesny – polonista Stanisław Bielawski), Atanazy Niekisch (brak pierwowzoru, chociaż w krytycznej recenzji w dziale „Nad książkami” wrocławskiej „Odry”(7) Marta Mizuro dopatruje się postaci Boya-Żeleńskiego), Anton Docht, wszystkie ofiary.
Postacie historyczne to właściciele fabryki Rittner i Peisker; ekipa z berlińskiej knajpy „Pod Czarnym Prosiakiem” (obecnie mieści się tam ambasada węgierska); szlachetna postać Hugona Simona (to wieloletni proboszcz świdnickiej bazyliki, który napisał dwutomową historię tej świątyni i został w niej pochowany, był również znany z sympatii do Polaków); jezuita i rzeźbiarz Johann Riedel (odpowiadał za barokizację bazyliki); rzeźbiarz Georg Leonhard Weber (nie należał wprawdzie do jezuitów – to potknięcie autora ‒ ale był postacią historyczną, miał swój warsztat i współpracował z Riedlem przy przekształceniu gotyckiego kościoła na barokowy, a ponadto zaprojektował i wykonał dwie fontanny w rynku: Atlasa i Neptuna). Postaci historycznych jest w powieści sporo: doktor Klamroth; Januscheck (właściciel browaru i knajpy), Paul Kunze (świetny fotograf, po wojnie jego atelier, mieszczące się przy Rynku 32 przejęła rodzina świdnickich fotografów Hamerskich); Albert Neisser (wybitny lekarz wenerolog, świdniczanin, miał klinikę we Wrocławiu); docent Adolf Lesser; Richard Krause (właściciel zakładu majoliki i fajansu).
W Niebieskich Zakonach główny bohater Maksymilian Schulz podziela cechy samego autora. Jego pradziadek pochodzący z Bydgoszczy tak się właśnie nazywał. Do rodzinnych sentymentów autora należy też Henrietta, która robi powieściowemu Maxowi jajecznicę. Taką smażyła autorowi babcia Irena. Kristin/Krystyna/Krycha z kolei ma pierwowzór w bracie autora, a historia z zębem i z drinkami należy do opowieści rodzinnych. Także piwnica, w której mieści się kryjówka czy laboratorium Juliusa Witticha należała do dziadków Korycińskiego przy ulicy Żeromskiego 26. Franz Gnered, właściciel tej piwnicy, to dziadek – Franciszek Deręgowski ‒ sam nie wiedział, czy nazwisko pisze się z nosówką czy nie, dlatego zostało napisane w powieści wspak, bez nosówki:
Mrok osłaniał go, gdy przemierzał wyludniony dworzec stacji kolejowej. Osłaniał go również, gdy szedł wzdłuż torów i gdy przeskakiwał przez płot, by dostać się na podwórze wspólne dla kamienic 24 i 26 na Obere Wilhelm Strasse. Wtedy otwierał drzwi prowadzące do podpiwniczeń jednej z tych kamienic i ginął w krętych korytarzach. Zaślepione od wewnątrz okno nie zdradzało niczyjej obecności. Leniwe światło rozlewało się na izbę i prowadzący do niej mały przedpokój. Pomieszczenia te wynajmował pod fałszywym nazwiskiem od jednego z lokatorów – Franza Gnereda (TuP, s. 81).
Gosposia proboszcza Hugona Simona, Gertrud z Niebieskich Zakonów, zdradza z kolei cechy babci autora, Ireny, a sam Koryciński ocala w książce jej przepisy kulinarne. Rudolf Thiele to wieloletni burmistrz Świdnicy, przewodniczący loży masońskiej „Pod Prawdziwą Jednością”. Współczesnym, pierwowzorem tej postaci, w której można dostrzec aluzję do krakowskiego aktora Krzysztofa Globisza, był wiceprezydent Waldemar Skórski. Thomas Stratos to postać z książek Tomka Tryzny Idź, kochaj i Blady Niko, mająca swoje korzenie w historii rodziny Tryznów, a w Niebieskich Zakonach stanowi literacki portret Tomka Tryzny. Za pierwowzór baronowej Z. można uznać lewicową działaczkę, radną, a później prezydent Świdnicy Beatę Moskal-Słaniewską. W powieści dowodzi ona zmyśloną przez autora kobiecą lożą „Lira Orfeusza” (orfizm to ważny element powieściowy), która ma przejąć władzę w mieście i pogrążyć przywódców loży męskiej „Pod Prawdziwą Jednością”. Z kolei bracia zakonni jezuici to postaci wzorowane na gronie pedagogicznym szkoły, w której pracował autor. Warto, aby czytelnik te związki pomiędzy powieścią a rzeczywistością znał, gdyż wzbogacają one warstwę znaczeniową lektury.
Figury zbrodni
W powieści kryminalnej W. Korycińskiego pt. Tajemnice ulicy Pańskiej mamy do czynienia z szeregiem zbrodni dokonanych na niewinnych mieszkańcach miasta Schweidnitz. Jeden z tropów wiedzie do szalonego malarza Antona Dochta, którego prace wystawiono właśnie w Muzeum Miejskim (takie nigdy nie istniało, ale prace plastyczne regularnie wystawia się współcześnie w Świdnickim Ośrodku Kultury i Miejskiej Bibliotece). Malował on obrazy odstręczające i godzące w mieszczański gust estetyczny, nawiązujące do nowych tendencji w sztuce (ekspresjonizm), za co został skrytykowany przez „mieszczańskich krytyków” lokalnych gazet. Być może w akcie zemsty dokonał zbrodni? W odkryciu logiki serii morderstw pomaga podkomisarzowi Juliusowi Wittichowi ojciec August, archiwista i pasjonat historii lokalnej. To on zauważa, przeglądając fotografie z miejsc zbrodni, że ofiar nie okryto przypadkowo prześcieradłami, lecz mają na sobie tkaniny wystylizowane i udrapowane jako antyczne szaty.
Edukację trzeba zacząć od Aurea legenda Jakuba de Voragine’a. Tam kryje się rozwiązanie zagadki. Ofiary przedstawiają dawnych patronów kościołów przybramnych, którzy znajdują się na kolumnach w farze. Każdy z nich posiada atrybut, związany ze swoim życiem lub męczeńską śmiercią (TuP, s. 119).
Ofiary przedstawiają patronów kościołów przybramnych, których rzeźby znajdują się na kolumnach w kościele parafialnym. Tak więc Anna Gloger to św. Małgorzata, Władek Wilk to św. Wawrzyniec, Matthias Graupe to św. Jan Chrzciciel, a Margarette Teubner to św. Barbara. I wszystko byłoby jasne, gdyby nie to, że po odkryciu i okrzyknięciu podkomisarza Witticha jako wybawcy, który ocalił miasto od seryjnego mordercy, nie została popełniona kolejna zbrodnia.
Tak zatem porządek zbrodni odwzorowuje symboliczną przestrzeń miejską. W niej niejako zapisany jest plan wydarzeń, a seria zabójstw okazuje się makabryczną grą miejską. W akcję został wplątany przybysz, Max Niekisch, który pod koniec powieści chce odwiedzić Żyda kabalistę Jacoba Georgera, ale nie zastaje go, a jedynie drobny prezent od niego, starą książkę – Niebieskie Zakony… A Niebieskie Zakony to kolejna powieść napisana przez Wojciecha Korycińskiego. W tym znaczeniu skarbem zdobytym przez Maxa okazuje się tekst.
Tajemnice ulicy Pańskiej zaczynają się i kończą opisem gry w szachy. Opisy te stanowią zapowiedź wątku szachowego w drugiej powieści świdnickiego autora. Oto wrocławski filolog Maximilian Schulz wyrusza do Schweidnitz na zaproszenie proboszcza Hugona Simona, aby uporządkować pojezuicki zbiór biblioteczny przy tutejszej farze. Wykonując swoje obowiązki, trafia na manuskrypt, który wiedzie go tropem wielu zagadek. Poznajemy historyczną postać Johannesa Riedla, zakonnika, który w XVIII w. odegrał główną rolę w przeobrażeniu gotyckiej świątyni w kościół barokowy. Między innymi filolog odkrywa morderstwo z dawnych czasów. Sama księga wplątuje protagonistę w sieć intryg. Okazuje się ona bowiem przedmiotem upragnionym przez tajne stowarzyszenie, działające często niezgodnie z prawem. Schweidnitz jawi się jako mroczne miasto, skrywające swe niebezpieczne sekrety. Działają tu loże masońskie, szerzy się bezprawie, a władze pozostają skorumpowane. Odkrycie tych tajemnic zależy od kompetencji filologicznych bohatera, ale także od umiejętności kojarzenia faktów, tekstów i znaków podsuwanych przez inne postaci. Niezbędna okazuje się znajomość historii i sztuki lokalnej. Dlatego kapitałem staje się zaznajomienie Maximiliana przez Simona z tajemnicami architektonicznymi i artystycznymi świątyni. Wnętrze kościoła jawi się jako szarada, która pozwoli rozwiązać zagadkę. Tekstami stają się obrazy w bazylice oraz układ urbanistyczny miasta wraz z rozmieszczeniem pozostałych kościołów. Świątynia ze swoimi kaplicami, kryptami i zakamarkami, z podziemiami i pomieszczeniami na wyższej kondygnacji stanowi osobne uniwersum. Bazylika skrywa informacje odnośnie innych domów bożych w mieście, dlatego Schulz udaje się do nich, by je obejrzeć, np. ewangelicki Kościół Pokoju. Bohater bowiem rozumie, że wizerunki miasta, zawarte w bazylice, mogą pomóc w odkryciu tajemnicy. Traktuje zatem freski i obrazy związane ze Świdnicą jako materiał badawczy, poszlaki w śledztwie. Analizuje je, by znaleźć rozwiązanie. Dzięki jezuickiemu manuskryptowi i własnej obserwacji odkrywa, że jedno z malowideł przedstawia Świdnicę tak, że można na miasto spojrzeć jak na szachownicę, na której obowiązują reguły królewskiej gry. Miasto bohater odczytuje jako tekst kulturowy, a to warunkuje sukces w postępowaniu. Świątynia jednoczy świat bogów i ludzi, czyni obecnym coś poza kamieniami, inspiruje i uobecnia pewien łączny sposób współistnienia śmiertelnych i nieśmiertelnych. Rozumienie wiekowej budowli nie może się obejść bez odwołania do metafizyki. Być może dlatego bohater dozna olśnienia. Z kamieni i rzeźb świątyni odczyta pewną prawdę. Z wieży bazyliki bowiem Schulz dostrzeże sieć ulic jako szachownicę, co pozwoli mu rozwiązać zagadkę dotyczącą poszukiwanego skarbu.
Oto na szachownicy miasta rozmieszczone są figury kościołów. Filolog odkrywa, że w odnalezionych przez niego wskazówkach zastosowano metonimię: zamiast świątyni chodzi o posągi, przedstawiające ich patronów, znajdujące się w bazylice, natomiast „planszę miasta” musi zastąpić przestrzeń sakralna, w której filary, nawy i kaplice wyznaczają pola szachowe. Bazylika zatem staje się symboliczną mapą miasta. Odnaleziony za obrazem tekst okazuje się zapisem gry w szachy, podczas której z(a)bijane są kolejno figury, w wyniku czego zostają na polu bitwy tylko posągi dwóch figur szachowych (królów): św. Pawła i św. Piotra, a jedyną „statuą”, która się nie ruszyła, okazuje się ambona – tam bohater znajduje skarb w postaci starej księgi. Tak zatem nakładają się na siebie układ urbanistyczny i porządek sztuki sakralnej. Obrazują to dołączona do książki mapa dawnej Świdnicy z 1650 roku oraz wydrukowany z drugiej strony karty plan świątyni. Poprzez to autor zachęca odbiorcę nie tylko do czytania, ale i do intelektualnej gry, zabawy z przeszłością i topografią. Książka opatrzona jest spisem instytucji i budynków wyjaśniającym ich współczesne usytuowanie, a także indeksem ulic pojawiających się w powieści i współcześnie odpowiadających im nazw. Czytanie okazuje się również zachętą do zwiedzania.
Znaczenie miejsca, jego wpływ na bohaterów wydaje się nie do przecenienia. W Tajemnicach ulicy Pańskiej po zakończeniu śledztwa Max odwiedza Kościół Pokoju. Wchodzi w odmienną przestrzeń, gdzie zapach drewna przenosi go myślami do lasu pachnącego latem, a wzrok wyławia kolejne elementy widoczne w świątyni, aż w końcu:
Symboliczny wystrój kościoła układał się w niejasną kabalistyczną zagadkę. Miał wrażenie, że to, co uważał za swoje świadome wybory, dawno zostało zaplanowane i narzucone mu przez nieznaną siłę, a on sam stał się jedynie marionetką. To fatalistyczne przeświadczenie zaczęło nabierać realnego posmaku, gdy uświadomił sobie, że malowidła na sklepieniu dokładnie opowiadają jego losy: świdnicki Babilon, nad którym odbył się sąd ostateczny, i nowe Jeruzalem czekające na niego w Wiedniu (TuP, s. 127).
Czy prowincja jest godna pochwały?
Sądzę, że mitem fundacyjnym Świdnicy jest mit prowincji. Andrzej Zawada, dostrzegając emanację lokalnych wartości, napisał Pochwalę prowincji(8), dotyczącą przede wszystkim mentalnych krain i krajobrazów kulturowych Dolnego Śląska i miejsca urodzenia ‒ ziemi wieluńskiej. Można powiedzieć, że prowincja stanowi duchowy punkt oparcia, a nośnikiem tożsamości stała się wielokulturowość regionu. Wyraz ‘prowincja’ ma co najmniej dwa znaczenia. Możemy ją rozumieć jako rejon zacofany i ograniczony mentalnie oraz jako po prostu dzielnicę państwa, region. Warto zwrócić uwagę na to, że prowincja, co słychać w nazwie łacińskiej, to także teren podbity. Sytuuje się ją w opozycji do centrum. Przy czym to zestawienie nie zawsze wypada na korzyść centrali. Partykularz staje się tematem dyskusji między bohaterami, narratorskich refleksji i eseistycznych dygresji. Prowincjonalne Schweidnitz ma w twórczości Korycińskiego swoją osobowość, twarz, charakter. Uporządkowane w dzień – staje się nocą demoniczne, tajemnicze i niebezpieczne. Świdnica końca XIX w. w obu powieściach to miejsce zamieszkane przez Niemców, Polaków, Żydów i Czechów. W tym mieście odbija się natura wielokulturowego Śląska. Sam bohater Maximilian Schulz jest również mieszańcem, okazuje się synem barona Nowitzky’ego i Polki, córki emigranta popowstaniowego. Warto zauważyć, iż w literaturze śląskiej mieszane pochodzenie okazuje się częściej po mieczu niemieckie, a po kądzieli ‒ polskie, czeskie, cygańskie. Różnorodność kulturową oddaje język bohaterów i język narratora, korzystający z cytatów z niemczyzny, czeszczyzny, łaciny.
W literaturze śląskiej mamy do czynienia z otwarciem głównie na kulturę niemiecką, a szczególnie na te jej elementy, które bezpośrednio lub pośrednio łączą się z regionem i nadają mu walor uniwersalny. Wśród bohaterów pojawiają się czasem pisarze, filolodzy, profesorowie, często z zacięciem regionalistycznym. Tak jest i w twórczości Wojciecha Korycińskiego. Thomas Stratos w Niebieskich Zakonach jest autorem traktatu O lubieżnościach świdnickich, miłości wbrew naturze i związkach krwi potomków Abrahama ze świdnicką arystokracją. Pozwoliło mu to zresztą na nieetyczne czerpanie korzyści z publikacji. August Wittich codziennie czyta prasę lokalną, jest kopalnią wiedzy na temat miasta, chętnie oprowadza znajomych i rodzinę po ulicach, opowiadając lokalne historie. Czytane przez bohatera gazety „Schweidnitzer Stadtblatt” i „Tägliche Rundschau” naprawdę się ukazywały. Jednak i tutaj mamy aluzję do współczesności. Rywalizacja „Wiadomości Świdnickich” i „Tygodnika Świdnickiego” to fakt. Teraz obie gazety już, czyli w 2024 r., nie istnieją. Pierwowzorem Karla Paschckego jest Andrzej Dobkiewicz, mąż Agnieszki Dobkiewicz, redaktorki naczelnej „Tygodnika Świdnickiego”, a M.O.A. to Anita Odachowska-Mazurek, ówczesna redaktorka „Wiadomości Świdnickich”.
W dziełach fikcyjnych pojawiają się postacie historyczne, często związane z danym miejscem, które osiągnęły rozgłos w świecie, np. podczas koncertu słuchacze zostaną zapoznani z osobą pochodzącego ze Schweidnitz barokowego kompozytora – Johanna Gottlieba Janitscha. W Niebieskich Zakonach Polacy są postrzegani przez Niemców jako ludzie przekorni. Natomiast Niemiec jest osobą, której życie nie może zaskoczyć, bo już w każdym calu je zaplanował.
Max z powieści Tajemnice ulicy Pańskiej, przyjechawszy do Schweidnitz, wykazywał drażniące poczucie wielkomiejskiej wyższości, traktował prowincję i prowincjuszy z pobłażliwością, naigrywał się z ich infantylnej postawy. Z kolei Julius Wittich bronił lokalności twierdząc, że „Fryderyk Nietzsche koledze mózg wypalił”. Przyjezdny bohater deklaruje, że nie lubi małych miasteczek, przyznaje, że dusi się na prowincji, tutaj ludzie, według niego, marnieją, powinni otworzyć swoje głowy, przewietrzyć dusze, bo „czuć stęchlizną”, prowincja go „uwiera i pije pod pachami i w kroku” (TuP, s. 91).
Partykularz w literaturze śląskiej wywołuje także pozytywne skojarzenia. Stanowi miejsce epifanii, spotęgowanych emocji, wyciszenia i refleksji. Tutejsi mieszkańcy mają więcej czasu, inaczej go przeżywają, żyją jakby w zwolnionym tempie, na prowincji dominują spokój i powtarzalność, wszystko jest na swoim miejscu. W tym względzie powieści Wojciecha Korycińskiego podejmują dyskusję z tym stereotypem.
Schweidnitz dla bohatera Niebieskich Zakonów staje się przedmiotem zainteresowania, pozwala mu bowiem przezwyciężyć wewnętrzne rozbicie. Max stara się spojrzeć na gród z zewnątrz, ale czuje jego bliskość, rytm tego miejsca odpowiada rytmowi psychiki filologa, wpływa na wyobraźnię, która podsuwa mu nowe projekty. Miasto stało się dla niego szansą na awans społeczny, stanowi wyraz kulturotwórczej siły. „W umyśle Schulza przestrzeń miejska jawiła się jako marzenie marzeń, gdyż powstała z wyobraźni, by zapładniać marzenia swych mieszkańców” (NZ, s. 189). A jednak Koryciński wykorzystuje zdobycze regionalizmu do gier literackich. Wskazuje też na to, że śledztwo jest grą, że życie społeczne jest grą, a także, że grą z czytelnikiem jest sama książka.
Wspomniałem już o związkach między obiema powieściami. Zauważmy, że utwory charakteryzuje ironiczny dystans. Autorowi chodzi o to, o co chodzi Schulzowi, o ukazanie kreacyjnej mocy słowa i poszukiwanie księgi, czyli mądrości. Druga powieść zaczyna się od ostatniej księgi – to nawiązanie do biblijnej Apokalipsy. Stanowi to ukłon w stronę tradycji judaistycznej – książki czyta się od naszego końca do początku, a wersy od prawej strony do lewej. Ostatnia część nawiązuje do Księgi Rodzaju – Kein i Aber ‒ stanowi inwariant mitu biblijnego. W tym tekście Koryciński użył stylizacji na utwór muzyczny. Chodzi o literacką wersję muzycznej fugi. Tym samym autor zapowiada trzecią część trylogii Reges fugae, czyli Królów ucieczki. Ta zapowiedź zresztą znajduje się także w pieśni wojaka, mówiącej o trasie, którą jedzie dyliżans (mniej więcej, bo ona będzie biec od Petersburga do Pragi).
Gryf jako demon podświadomości
Legenda o gryfie stanowi punkt odniesienia do wydarzeń dziejących się w powieści Tajemnice ulicy Pańskiej. W domu Pod Gryfem dokonano zbrodni. To każe przypomnieć podkomisarzowi Juliusowi Wittichowi podanie o stworze mającym postać lwa, skrzydła i głowę orła, a czasem ponadto uszy osła. Przekaz głosi, że za czasów Bolka II w podziemiach tej kamienicy (jak i innych) znajdowały się studnie. Panny służące, które schodziły tam po wodę, przepadały bez śladu. Książę obiecał pewnemu rycerzowi uwięzionemu w ratuszowym areszcie, że jeśli pokona gryfa porywającego kobiety, uwolni go od kary śmierci. Skazaniec zaczaił się więc w piwnicy i zobaczył, że gryf istotnie porwał niewiastę. Zatem następnym razem czuwał tuż przy studni z mieczem i tarczą u boku. Gdy stwór się wynurzał, śmiałek przyłożył do studni tarczę, wtedy gryf zobaczył swoje odbicie i zdrętwiał. Rycerz wykorzystał ten moment i zabił potwora(9). Żyd Jacob Georger, stary kabalista, pomaga Maxowi zrozumieć tę legendę, objaśnia jej symbolikę, wskazując na to, że dzięki takim podaniom ludzie wyjaśniali sobie różne zjawiska, procesy czy wydarzenia. Uznaje takie mity za wiedzę spekulatywną, umożliwiającą zrozumienie rzeczywistości i analizę pewnych zdarzeń. Autor zatem podaje interpretację freudowsko-alchemiczną tego podania. Wojciech Browarny słusznie twierdzi, że legenda staje się kluczem do odczytania tekstu własnego losu przez Atanazego (Maxa) Niekischa:
Jak legendarny rycerz bohater schodzi do podziemia miasta, aby pokonać groźną bestię za pomocą jej własnego odbicia, przy czym w powieści wrogo „przyglądają się” sobie racjonalność i podświadomość tudzież przypadek oraz pozornie zobiektywizowana historia i pamięć, jawnie podatna na kreację(10).
Ma to dla śledztwa duże znaczenie, gdyż „filozofia” mordercy też bierze swój początek z „wiedzy spekulatywnej” i w ustaleniach Fryderyka Nietzschego. Morderca oskarża świdnickich mieszczan. To ich ograniczenie i nijakość budzą sprzeciw w jednostce twórczej. Uważa, że filistrzy „kultywują magiczne podobizny talpa europaea i aranea” (TuP, s. 105). Twierdzi, że wyszli spod ziemi. Podziemne korytarze stanowią emanację miasta, jego bliźniaczy twór, „nie można pojąć człowieka, nie znając jego korzeni, tak jak nie można zrozumieć miasta bez jego podziemi, skrywających dorobek przeszłości” (TuP, s. 106). Są zatem według malarza dwa miasta: Miasto – Talpa Europaea i Miasto – Aranea, a kamienice pełnią funkcję łączników pomiędzy Miastami i dzięki nim można zrozumieć ludzką naturę. Morderca uznaje bierność nadczłowieka za zło, bo poprzez mierne jednostki niszczone jest życie twórcze, które on reprezentuje. Na marginesie podaję następującą wersję legendy zapisaną przez Willa-Ericha Peuckerta:
W piwnicy domu przy ulicy Kotlarskiej w Świdnicy znajdowała się studnia, gdzie wielokrotnie znikały służące. Pewien mężczyzna zakradł się za zuchwałą pokojówką, która udała się tam pomimo ostrzeżeń i zobaczył przez szczelinę w drzwiach, jak ze studni powstał smok, by ją wciągnąć. Nikt nie odważył się więcej wejść do piwnicy, aż przystał na to pewien skazany na śmierć przestępca pod warunkiem, że zostanie mu przyszykowana zbroja z metalowych luster, które nie tylko ochronią przed trującym tchnieniem śmierci, ale także odbiją je na smoka, który oszołomiony sam łatwo da się zabić(11).
Kuchnia i knajpa
Gosposia proboszcza Hugona Simona z Niebieskich Zakonów – Gertrud – gotuje po polsku. Kuchnię niemiecką uważa za „kuchnię kartoflaną”. Niemieckie jedzenie to wg M. Schulza: „dużo, tłusto i gorąco” (NZ, s. 125). Kucharka przyrządza zatem polski bigos i żur, na który podaje przepis nawet filologowi Schulzowi (NZ, s. 60). Gertrud jednak nawet niekoniecznie polskie potrawy uznaje za polskie, tj. kaszę jęczmienną z gulaszem i ogórkiem kiszonym, mięso wołowe, wieprzowe i drobiowe w galarecie oraz wódkę z trawy żubrowej (NZ, s. 101). Gotuje także zupę pomidorową, zupę ogórkową, zabielaną śmietaną, smaży wątróbkę drobiową, placki ziemniaczane z gulaszem i stawia na stole „świdnicki rarytas – piwo marcegorz” (NZ, s. 193). W znakomitej scenie nauki lepienia i gotowania ruskich pierogów filolog wykazuje się dużym zaangażowaniem, co jednak skutkuje wytworami wielkości bulw ziemniaczanych, „potężnym wyrobem dłoni partacza” (NZ, s. 129). Jedna z knajp w Niebieskich Zakonach nosi nazwę „U Czecha” i serwuje dania czeskie, takie jak knedliky, smażeny syr, tmave piwo (NZ, s. 198-199). Oczywiście w Schweidnitz nie może zabraknąć sławnego na cały Śląsk, markowego świdnickiego piwa.
Świdnickie piwo uznaje się za najlepszy napój chmielowy w średniowiecznej Europie. Piwnice świdnickie istniały w wielu miastach, np. Pradze. Obecnie istnieje tylko jedna oryginalna – we Wrocławiu. Piwowarstwo utrzymywało się do XVII wieku na bardzo wysokim poziomie. Zmieniła to wojna trzydziestoletnia. W akcji powieściowej pojawia się browar Brau-Commune. Nie jest już tak dobry i nie ma tak szerokiego zasięgu jak dawniej, niemniej jednak często się pojawia jako motyw. Świdniczanie mitem najznakomitszego piwa karmią się do tej pory. Autor zamieścił w powieści teksty zachwalające złoty trunek. Pochodzą one z Postrzyżyn Bohumila Hrabala (NS, s. 198), pisarza czeskiego, którego ojciec zarządzał browarem w Nymburku i wymyślał pierwsze hasła reklamowe.
Polski język niemiecki
W Niebieskich Zakonach Maximilian Schulz, który przypatruje się żywiołowi mowy, a znajomość antycznej etymologii wyrazów pomaga mu w śledztwie, uznaje, że niemieckie uporządkowanie ma boską proweniencję ukrytą w języku. Język stanowi narzędzie myślenia, a zatem znajomość języków obcych czy też umiejętności językoznawcze pomagają w śledztwie, które też przecież w dużej mierze opiera się na dedukcji i indukcji.
Wojciech Koryciński konsekwentnie używa nazw ulic w języku niemieckim. Na końcu obu swoich książek zamieszcza zresztą stosowne spisy. Wyjątek stanowi tytułowa ulica Pańska, mająca polskie brzmienie. Natomiast, jeśli chodzi o obiekty, budynki i instytucje, nazewnictwo okazuje się zróżnicowane – niektóre nazwano po niemiecku, inne – po polsku. Bohater jedzie wprawdzie z Breslau do Schweidnitz, ale mija Ślężę, a nie jej odpowiednik niemiecki – Zobtenberg, ale już rzeka przepływająca przez Świdnicę to Weistritz (Bystrzyca).
W Tajemnicach ulicy Pańskiej pojawią się napisy na tabliczce „Breslau Hauptbanhof” czy szereg nazw ulic i obiektów świdnickich. Max ma za sobą „berlińską Liebesaffäre”, czyli romans. Zamawia on potrawę: „die Glied den Frümmer”, a jako zafascynowany Stanisławem Przybyszewskim spożywa ją na jego sposób, poprzedzając trzema kieliszkami wódki. Po niemiecku pisarz nazwał pomieszczenie w gospodzie: bierhalle.
W Niebieskich Zakonach autor oprócz nazw geograficznych i topograficznych używa cytatów, powiedzeń i nazw charakterystycznych dla niemczyzny, np. dreispitz – dawne nakrycie głowy z czasów pruskiego regimentu Alt Kreitzen (NZ, s. 18). Filolog Maximilian Schulz, pozostając w gorączce, słyszy słowa matki: „Synku, synku kochany. Jestem przy tobie. Już dobrze. Wszystko będzie dobrze” i tłumaczy tę niezrozumiałą dla siebie mowę: „Mein Sohn, mein lieber Sohn. Ich bin bei dir. Ist schon gut. Alles wird gut” (NZ, s. 79). Polszczyzna zostaje określona jako muttersprache.
Czasem brzmienie stanowi przedmiot zabawy językowej. Wojciech Koryciński wykorzystuje konwencję takiego zapisu w celach komicznych – pod obcym niemieckim zapisem Christoph Globisch – kryją się imię i nazwisko znanego aktora Krzysztofa Globisza, zaś śląski malarz Kasmir Kutz może przywodzić na myśl Kazimierza Kutza. Komisarz Barsch ma coś z barszczu, natomiast Januscheck kojarzy się z polskim imieniem. Te zabawy językowe są przejawem aktywności twórczej, kreatywnego podejścia do języka, wrażliwości na brzmienie i zapis oraz na relacje między nimi istniejące. Polskie brzmienia w obcej pisowni mogą mieć też charakter humorystyczny. Z kolei kiedy Koryciński pisze, że w bibliotece były „buchy” (TuP, s. 18), to bez wątpienia mamy do czynienia z biblioteką języka niemieckiego.
W Tajemnicach ulicy Pańskiej znajdują się następujące szarady językowe i gry z rzeczywistością. Julietta Tantakel (z niem. Macka). „Macka” to przezwisko nauczycielki Marioli Mackiewicz, znającej język francuski i mającej wadę wymowy, tzw. „r” frykatywne, co okazało się atutem w wymowie francuskiej. Pierwowzorem Martina Kathisa stał się dyrektor I LO Robert Kaśków. Polonista słynął z tego, że „częstował” pedagogów w pokoju nauczycielskim cytatami z pamiętników Winstona Churchilla, którym się pasjonował jako wódz-dyrektor. W powieści zamiast Churchilla występuje Otto Bismarck. Kaśków wtedy, gdy Koryciński pisał powieść, pełnił funkcję przewodniczącego rady miasta w Żarowie. Andreas Schultern (z niem. Ramię) z kolei to postać, która jest kontaminacją dwóch znanych świdnickich fotografów – Mariusza Barcickiego i Andrzeja Protasiuka. Erika Trast – to malarka Kama Karst. Hubert Puppe to świdnicki malarz, późniejszy twórca murali Robert Kukla (kukła to po niemiecku Puppe). Dozorczyni nazywa się Susan Mittwoch (z niem. Środa), gdyż w środę toczy się akcja tej sceny. Pisarz zrekonstruował kalendarz. Każdy rozdział przedstawia jeden dzień, podczas którego zostaje znaleziona jedna ofiara. Pierwowzorem Jacoba Georgera był wybitny polonista Zdzisław Grześkowiak, co prawda nie był Żydem ani kabalistą, raczej agnostykiem, a w powieści występuje jako figura mądrego starca. Dodajmy, że nazwiska Antona Dochta (z niem. Knot) i Richarda Krausego (z niem. Kryza) też są znaczące. Zatem ktoś, kto zna niemiecki lub ma pod ręką słownik, odczytuje dodatkowe znaczenia, a kto zna świdnickie realia, bez trudu odczyta lokalne aluzje do współczesności.
Szarady lingwistyczne nie ograniczają się do niemczyzny. Prozaik chętnie parafrazuje powiedzenia, przysłowia i skrzydlate słowa, np.: „Zobaczyć Świdnicę i umrzeć” („Zobaczyć Paryż i umrzeć”), „Świdnica jest więzieniem” (Hamlet – „Dania jest więzieniem”), „Milczeć jak Grab” (grab po niemiecku to Grób). O ile w Tajemnicach ulicy Pańskiej poszczególne rozdziały poprzedzane są myślami Fryderyka Nietzschego, o tyle w Niebieskich Zakonach mamy cytaty z Eklezjastesa, a także twórczości Józefa Baki – jezuity. Cytacje nawiązują do zbarokizowanej przez jezuitów bazyliki, a także uwydatniają wątek kryminalny. Oczywiście, jak przystało na świdnickiego pisarza, podkreślenia te mają charakter ironiczny, bo bardziej wskazują na marność tego, co ludzkie. Związki z treścią rozdziałów mają również karty tarota.
Lingua latina wiecznie żywa
Powieści Wojciecha Korycińskiego mają charakter erudycyjny. Do igraszek związanych z niemczyzną dołącza twórcze podejście do łaciny. Cieszy to w epoce dominacji angielszczyzny, że lingua franca sprzed wieków nie została odstawiona do lamusa. Jej użycie artystycznie usprawiedliwia fabuła, która obejmuje nie tylko wydarzenia z końca wieku XIX, ale także ze średniowiecza, renesansu i przede wszystkim baroku. Uzasadnia to także miejsce: kościół, bo to przecież jeden z ostatnich przyczółków obrony łaciny jako języka obecnego w życiu społecznym.
W Tajemnicach ulicy Pańskiej znajdują się łacińskie określenia dotyczące architektury, takie jak: oculus, impluvium, meridiana w osobliwej komnacie, do której dotrze Max. Lekarz każe mu na przypadłość zażywać oleum santali (TuP, s. 140) – farmacja także uzasadnia użycie łaciny. W Niebieskich Zakonach, jako że akcja rozgrywa się w środowisku związanym z bazyliką, mamy odwołania do uniwersalizmu chrześcijańskiego, pojawiają się łacińskie przysłowia i formuły, np. jezuicka maksyma Ad maiorem Dei gloriam (NZ, s. 25). W bazylice, w kaplicy rzeźników, znajduje się napis na malowidle Sub tuum praesidium… („Pod Twoją obronę…”; NZ, s. 40). Ten sam napis widnieje w kaplicy kramarzy pod obrazem miasta z XVII wieku: Sub tuum praesidium confugimus, sancta dei genitrix („Pod Twoją obronę uciekamy się, święta Boża rodzicielko”; NZ, s. 113). Przy ołtarzu mieszczą się filakterie – wstęgi z cytatem z Pieśni nad pieśniami: pulchra ut luna, electa ut sol („piękna jak księżyc, jasna jak słońce”; NZ, s. 41). Dociekliwy filolog M. Schulz, posługujący się etymologią wyrazów jako narzędziem do poszukiwania sensu i badania rzeczywistości, kojarzy słowo portal z łacińskim porto i wymienia w myślach podstawowe formy tego czasownika. To go uspokaja, pozwala zebrać myśli i poprawia nastrój (NZ, s. 39). Znajomość łaciny pomaga też w interpretacji rzeczywistości, np. w siedemnastowiecznym manuskrypcie czytanym przez Schulza znajdują się interpretacje wyrazów ‘nawa’ i ‘portal’ w kontekście budowli i wiary. ‘Nawa’ to nie tylko część kościoła między prezbiterium a kruchtą, przeznaczona dla wiernych, ale także statek, okręt czy łódź, która prowadzi przez ‘portal’, czyli bramę życia wiecznego. Mapa stanowi również ideę, która znajduje swe „wcielenie” związane z łaciną. Oto w książce Wojciecha Korycińskiego mamy kartograficzną wskazówkę na tkaninie. Kiedy Gertrud wiesza pranie, filolog wpada na pomysł, że słowo mappa po łacinie znaczy właśnie ‘obrus’ i to daje mu impuls do dalszych działań, na tkaninie bowiem odkrywa wskazówki, gdzie ukryto skarb (NZ, s. 104). Autor chętnie korzysta z latynizmów. Używa ich ze względów stylistycznych i znaczeniowych, np.: ubi leones, horror vacui, peroratio. Czasem posługuje się nimi w celu humorystycznym, np.: „Od tego czasu sferę sacrum kojarzył z nieżytem żołądka, zgagą i bólem głowy” (TuP, s. 26).
Satyra na współczesność
W powieściach Korycińskiego znajduje się wiele znaków, sugestii, aluzji, wskazujących na to, że Tajemnice ulicy Pańskiej i Niebieskie Zakony jedynie po części spełniają cechy gatunkowe kryminałów retro. Oczywiście w Tajemnicach ulicy Pańskiej pojawiają się realia historyczne, np. wynalazki takie jak kinematograf. Zauważmy jednak, że cała powieść składa się z krótkich filmowych scenek, czyli nawiązanie do wynalazku wpływa na kompozycję utworu. II poł. XIX wieku to czas rozwoju przemysłu transportowego, dlatego w świdnickiej fabryce Bohna, który produkował dorożki (taką jedzie Max i baronowa), produkuje się również rowery, a potem przyjdzie czas na automobile. Bohaterowie palą papierosy i odpalają je od zapałek (również wynalazek z II poł. XIX wieku), podobnie jak czas powstania i rozwoju daktyloskopii i grafologii (śledztwo Juliusa) oraz psychoanalizy (wizje i sny Maxa). Nie można jednak dać się zaślepić perspektywie historycznej. Ważne wydają mi się również odwołania do współczesności. Niejednokrotnie przyjmują one charakter satyryczny, ironiczny, groteskowy. Oto, jak Koryciński w Tajemnicach ulicy Pańskiej przedstawił powrót świdniczan ze spelunek do domu nad ranem jako drogę krzyżową:
Czwarty dzień dla niektórych świdniczan rozpoczął się nad ranem. Kamienice powoli wypluwały stałych bywalców knajp o podejrzanej proweniencji. Ci, początkowo gwarliwi, szybko milkli, znalazłszy się na ulicy. Ciepły zaduch szynków uchodził z nich z każdym oddechem. Rejwach myśli ustawał. Tylko kołatanie serca jak echo niosło się po żyłach, by co jakiś czas ustawać przy dzikich napadach kaszlu. Wtedy rozpoczynała się niebezpieczna gra ze zorganizowaną w uliczki i place przemocą miasta. Najpierw ciemnookie hurysy-kamienice zaczynały tańczyć wokół, coraz szybciej i szybciej, tak że wkrótce nie można było ich od siebie odróżnić. Nabrały takiej prędkości w tym orgiastycznym tańcu, że rozerwały krąg i gdzieś w oddali legły w gruzach. Pierwszy upadek. Potem powstawały i gotowe do musztry wydawały komendę: baczność! Ten, kto nie wykonał rozkazu, wpadał w ich ręce, które w złośliwej przepychance rzucały nim od chodnika do chodnika. Drugi upadek. Każdy żywił nadzieję, że przed kulminacją tej nieokiełznanej i bezzasadnej agresji uda się skryć na pobliskim placu. Place miały to do siebie, że swą zielenią tłumiły popędy ulic. Tymczasem jednak do placu nikt nigdy nie dotarł. W omroczonych ujściach ulicy ktoś nieustannie nią szarpał i miotał, jakby trzepał z kurzu stary koc. W takich momentach bruk nagle osuwał się spod stóp. Trzeci upadek. Kto trzeci raz upadł, tego miasto obezwładniało jak choroba, ten zapadał się w sobie i stygł cicho w zaułku niczym śmiertelnie chory gołąb. Kto zaś upadkowi się nie poddał, przeżuty wracał do domu.
Ten pomysłowy sposób opisu prób powrotu do domów pijanych biesiadników przedstawia miasto jako aktywną siłę opresyjną, niepozwalającą się podnieść, przemieszczać, trafić do siebie. Tu także autor posłużył się metaforyką związaną z urbanistyką i architekturą. Kamienice, ulice, budowle mają cechy osób, które właśnie ze zwyczajnej wędrówki czynią męczarnię. A ta „droga krzyżowa”? Jakże to współczesny obrazek!
Mamy też w powieści aluzję do muzyki disco polo, tzn. do utworu Wolność zespołu Boys:
Julius wepchnął kartkę z poufną informacją do kieszeni i nie zdążył wziąć nawet łyka zimnego piwa, gdy zza kotary rozległ się tumult. Grupa około dwudziestu biesiadników zaczęła się domagać od kapeli polskich przyśpiewek. Muzycy o niemieckim pochodzeniu bezradnie rozkładali ręce na znak, że nie potrafią spełnić tej prośby. A rozszalały tłum wrzeszczał: „Freiheit und Ungezwungenheit!”. Zanosiło się na ostre lanie. Julius i Max obeszli się smakiem. Nie wypili zamówionych trunków, nie usłyszeli przyśpiewek ani nie poznali wyniku nocnej knajpianej awantury. Wymknęli się bocznym wyjściem (TuP, s. 80).
Za ostatni przykład do odczytania niech posłuży Festiwal Malarstwa zaprezentowany w powieści Niebieskie Zakony. Jak przystało na powieść z kluczem, skrywa w sobie pierwowzór: Festiwal Reżyserii Filmowej. Pewien człowiek związany z filmem, który kiedyś prowadził kino we Wrocławiu, stracił pracę. Przybył więc do Świdnicy z ideą festiwalu, szukając wsparcia finansowego. Znalazł je w osobach prezydentów. Ludzi zaangażowanych w życie kulturalne Świdnicy to oburzyło. Przecież zawsze mówiło się, że nie ma pieniędzy na kulturę. W tym wypadku znalazły się i to spore. A festiwal uznano za nieudany – stare filmy, młodzież szkolna zmuszana do chodzenia do teatru, gdzie odbywały się seanse, wystawne rauty ‒ zostały poddane krytyce, także w utworze Korycińskiego. Wewnątrz cytowanego fragmentu podaję aluzje filmowe, które wskazują, co tak naprawdę było przedmiotem krytyki:
Wkrótce ze swymi płótnami pojawili się artyści znani bądź nieznani, o których świat dawno zapomniał albo nie chciał wiedzieć. W pierwszej sali wystawowej płótna prezentował śląski malarz Kasmir Kutz (przyp. autora Kazimierz Kutz), osobną ekspozycję miał włoski pejzażysta Panussi (przyp. autora Zanussi), a zaraz obok znalazły się karykatury społeczne Ermunterna (przyp. autora Morgenstern). Nowatorskim pomysłem, jak wszystkich przekonywał Stan Stricker (przyp. autora Dzierniejko), było umieszczenie w ostatniej sali pojedynczych dzieł, wokół których narosła legenda i które zaliczano do klasyki. Miała to być mała galeria sław. Znalazły się w niej obrazy: Klein Berlin, Ring und Rose Kathrin Figur (przyp. autora Pierścień i róża Katarzyna Figura) czy Hunde Franza Maurera (przy. autora Psy Bogusław Linda). Zresztą ten ostatni nie przyszedł na oficjalne otwarcie, spędzając cały wieczór w towarzystwie swego przyjaciela Juhla, z którym dyskutował o polowaniach w Afryce i o porannym wypadzie na raki – bowiem nic lepszego dla podniebienia od masła z raków.
Stratos torował drogę łokciami i gdy trzeba było, deptał po stopach. Schulz, nie do końca zadowolony ze strategii pisarza, ślepo podążał za nim, przeklinając w duszy pomysł przyjścia tutaj. Kiedy jednak przedarli się przez wąską gardziel pomieszczenia z przekąskami, gdzie zawsze panował największy tłok, ścisk zelżał. Znaleźli się w pierwszej sali wystawowej, sam na sam z obrazami Kasmira Kutza. Schulz obejrzał się wokół i doszedł do wniosku, że choć dawno nie był na żadnej wystawie, dobrze zna te obrazy, widział je kilka lat wcześniej w Breslau. Zamiast poczuć się swobodnie, jak każdy Niemiec, którego życie nie może niczym zaskoczyć, bo już w każdym calu je zaplanował, coś nim wstrząsnęło – poczuł niesmak, uświadamiając sobie, że cały ten festiwal to odgrzewanie starych golonek.
Nagle spod ziemi wyrósł kurator wystawy, niejaki Johann Pflügen. Człowiek otyły, z siwą już brodą, który – o ile Schulza pamięć nie myliła – kiedyś rościł sobie prawo do bycia artystą.
– Jak panowie odnajdują ten artystyczny smak? – zagadnął (NZ, s. 73-74).
Tego typu przykłady dowodzą, iż autor nie może pogodzić się z obecnymi czasami, które zdiagnozował Tadeusz Różewicz w słowach: „bylejakość ogarnia masy i elity”(12). W tym sensie jest to utwór zaangażowany w aktualne sprawy, przedstawiający lokalne bolączki, ukazujący choroby drążące prowincję, wskazujący tematy i problemy, które powinny być podejmowane w bieżącej debacie publicznej i dla których próżno w tej debacie szukać miejsca…
W oczekiwaniu na trzecią część
Powieści Wojciecha Korycińskiego kierują uwagę czytelnika nie tylko na fabułę, ale także na problemy poznawcze, filozoficzne, psychologiczne, religijne, kulturowe, lingwistyczne i literackie. Są to teksty tak bogate pod względem intelektualnym i intertekstualnym, że wymagają wielokrotnej lektury, a każda z nich może wydać się i tak niewystarczająca. Tyle tu poukrywanych pomysłów, konceptów, gier językowych i międzytekstowych, tytułowych tajemnic i tytułowych zakonów. Zresztą nawet sam plot, rozwój wątków detektywistycznych, wymaga dużej uwagi i kompetencji czytelniczych, gdyż w labiryncie tropów i poszlak można się zagubić, czyli zostać przez autora wykpionym. Mimo że powieści przyjemnie się czyta, bo akcja jest wartka, styl przedni, świat przedstawiony barwny, to na pewno nie jest to lektura lekka i łatwa. Tajemnice ulicy Pańskiej i Niebieskie Zakony należą do książek wymagających, erudycyjnych, poznawczo bogatych, a przy tym literacko odkrywczych. Nic nie wspomniałem o misternym ukształtowaniu narracji. To już jest jednak temat na osobny szkic. Podstawowym defektem tych książek okazuje się brak trzeciej części trylogii – Reges fugae, na którą czekam z niecierpliwością.
„Rocznik Świdnicki 2023”, Towarzystwo Regionalne Ziemi Świdnickiej 2024.
Przypisy:
1. Zob. W. Browarny, Świdnickie powieści Wojciecha Korycińskiego, [w:] Historie odzyskane. Literackie dziedzictwo Wrocławia i Dolnego Śląska, Wrocław 2019, s. 151-157.
2. Powieściami Wojciecha Korycińskiego zajmowałem się obok wielu innych śląskich utworów w: Związek z miejscem. Śląsk historyczny w prozie, eseistyce i reportażu polskim po 1989 roku, Wieluń 2015, m.in. s. 165-167. Niniejszy szkic stanowi rozwinięcie zagadnień w rozprawie doktorskiej podjętych.
3. Zob. Świdnicki gang bokserów, dostęp online 05.05.2024: https://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%9Awidnicki_gang_bokser%C3%B3w
4. Polski słownik judaistyczny, pod red. Zofii Borzymińskiej, Rafała Zebrowskiego, Warszawa 2003.
5. Zob. Schweidnitz Synagoge. Dostęp 05.05.2024.: https://c.web.de/@337496020554357369/vGwRNBn9TIC6BotYvQf76w
6. Zdzisław Lec, Książki teologii spekulatywnej w księgozbiorze jezuitów świdnickich [w:] „Rocznik Świdnicki. 1996”, Świdnica 1997, s. 69-79 oraz Książki z okresu od XV do XVIII wieku dotyczące historii i polityki w księgozbiorze jezuitów świdnickich [w:] „Rocznik Świdnicki. 1997”, Świdnica 1998, s. 33-44.
7. M. Mizuro, „Odra” nr 3, s. 118.
8. Andrzej Zawada, Pochwała prowincji, Wrocław 2009.
9. Inną wersję tej legendy z bazyliszkiem w roli głównej przytacza Krzysztof Kwaśniewski [w:] Legendy i podania wrocławskie i dolnośląskie, Poznań 2006, s. 307-308.
10. W. Browarny, Historie odzyskane…, s. 155.
11. Schlesische Sagen. Gesammelt und herausgegeben von Will-Erich Peuckert, München 1989, s. 275, (tłum. własne).
12. T. Różewicz, Wybór poezji, wstęp i oprac. Andrzej Skrendo, Wrocław 2019, s. 564.

