Zbigniew Ławrynowicz ▪ Katastrofa kolejowa pod Ludwikowicami Kłodzkimi

Dziś już mało kto pamięta lub nawet wie, że największa katastrofa na obecnych liniach kolejowych Polski wydarzyła się całkiem niedaleko, bo w okolicach miejscowości i stacji Ludwikowice Kłodzkie. Stacji leżącej na linii kolejowej: Kłodzko Główne – Wałbrzych Główny.

Sama linia otwarta została w 1880 roku i stanowiła fragment większej całości: Wiedeń – Praga – Berlin. Po przejęciu jej przez PKP, otrzymała numer 45, a po unifikacji numer: 286 i pod takim numerem figuruje ona w kolejowym „Wykazie Linii” (Id-29). Będąc linią rokadową, w pasażerskich rozkładach jazdy przypisano jej tabelę 245.
Jako linia o typowym charakterze górskim, o dużym nachyleniu w kierunku Kłodzka, jest ona bardzo trudna technicznie. Posiada niemal wszystkie typy budowli inżynierskich; od długich mostów i estakad wykutych w skalistych zboczach gór, po małe wiadukty i przepusty. Są na niej też trzy tunele, w tym jeden najdłuższy w Polsce. I właśnie w jednym z tych tuneli rozpoczęła się tragedia.

Urodziłem się w pobliżu tej linii i jako dziecko, z kolegami, często chodziliśmy oglądać przejeżdżające pociągi. Naszą uwagę zwracały spalone, niemiłosiernie powykręcane szkielety dwóch lub trzech wagonów leżące na łące pod skarpą, tuż przed Ludwikowicami. Nikt z mieszkańców tamtej okolicy nie wiedział skąd one się tam wzięły. Odpowiadano krótko: Pamiątka po wojnie. Pasący krowy na łące, często, znajdowali różne nadpalone odznaki, medale niemieckie i drobne monety – co by potwierdzało ich wojenne pochodzenie. Kolej nie była zainteresowana usunięciem zniszczonych wagonów – bo wraki nie były własnością PKP ani też nie leżały na ich terenie. Podobno, dopiero na początku lat 60. zutylizował je właściciel łąki, kiedy jego krowa pokaleczyła tam nogi.

To tyle wstępu, a teraz przechodzę do opisu samej katastrofy, którą miałem okazję poznać z opowiadania bezpośredniego świadka tamtych wydarzeń.

Był początek 1945 roku. Wojna miała się już ku końcowi i Niemcy przerzucali ciężki sprzęt oraz amunicję z południowego teatru działań wojennych w okolice Berlina by tam ostatecznie się bronić. I tak, 28 stycznia od strony Kłodzka wyjechał na linię ciężki pociąg złożony z około 20 wagonów z amunicją i sprzętem wojskowym. Na jego końcu doczepiono kilka lekkich wagonów krytych z rannymi. Nie wiadomo, czy do jego prowadzenia użyto właściwego parowozu. Prawdopodobnie nie – zabrano taki jaki był właśnie pod ręką. Od samego Kłodzka linia biegnie pod górę a jej przełom następuje tuż za tunelem na stacji Bartnica, przed którą, w tunelu jest największe wzniesienie. Pociąg ten miał bezwzględne pierwszeństwo, dlatego, dyżurny ruchu stacji Nowa Ruda Kopalnia, zatrzymał u siebie planowy pociąg osobowy, do czasu gdy pociąg specjalny przejedzie długi odstęp do Ludwikowic. A pociąg specjalny, powoli, z wielkim trudem pokonywał kolejne kilometry, by wreszcie utknąć w tunelu za stacją Świerki. Dziś już nie wiadomo, czy został tam po kilku szarpnięciach parowozem rozerwany, czy też celowo ktoś odłączył ostatnie wagony z rannymi jako zbędny balast. Odczepione lub oderwane wagony zaczęły zbiegać w kierunku Ludwikowic.

Dyżurny stacji, zaalarmowany przez swojego kolegę ze stacji Świerki Kłodzkie, miał dosłownie kilka minut na podjęcie decyzji. A miał aż trzy możliwości:

  1. Nie robić nic i pozwolić by zbiegające wagony jechały dalej – wtedy torem numer 2.
  2. Skierować je na tor niewłaściwy – w obecnej nomenklaturze tor przeciwny do kierunku jazdy.
  3. Skierować je na tor wyciągowy kopalni Wenceslaus (kopalnia Wacław), o długości około 1 kilometra biegnący równolegle do torów szlakowych i wznoszący się nieco w górę.

Gdyby podjął decyzję opisaną pod numerem 1, doszło by do czołowego zderzenia z pociągiem osobowym znajdującym się w okolicach mostu podobnego do tego jak na fotografii powyżej, a znajdującego się przed przystankiem Zdrojowisko.
Gdyby podjął decyzję opisaną pod numerem 2, to przy zabudowanym do tego celu rozjeździe, ułożonym jednak — z powodu braku miejsca — w odwrotnym łuku, przy dużej już szybkości zbiegających wagonów krytych, których punkt ciężkości ustawiony jest wysoko, doszłoby z całą pewnością do ich wykolejenia. Siła odśrodkowa wyrzuciłaby je na skarpę, skąd stoczyłyby się na znajdujące się u jej podnóży, w odległości około 50 metrów, baraki załogi i więźniów filii obozu Gross-Rosen.
Podjął więc jedynie słuszną w tej sytuacji decyzję skierowania ich na tor wyciągowy, licząc że wagony zatrzymają się lub co najmniej wyhamują. Miał też nadzieję, że ktoś użyje wreszcie hamulca ręcznego. Zapomniał chyba biedaczysko, że Niemcy są bardzo praworządnym narodem i nic nie robią samodzielnie bez wcześniejszego rozkazu. A takiego nie było, bo ci którzy mogli go wydać, wyskoczyli jeszcze w tunelu gdzie szybkość była niewielka. W ten sposób uratowało się kilka osób.
Zbiegające wagony, tylko trochę wyhamowały i z wielkim impetem uderzyły w rachityczny kozioł oporowy po przewróceniu którego stoczyły się ze stromej, prawie dwudziestometrowej skarpy. Była zima, w każdym wagonie znajdował się mocno rozpalony piecyk węglowy, który po rozbiciu spowodował pożar potęgowany wybuchami zgromadzonej amunicji z broni osobistej sanitariuszy i załogi pociągu. Jak się ocenia zginęło około 70-80 rannych już wcześniej żołnierzy. Nikt nie przeżył.

Od katastrofy minęło 45 lat. I oto w roku 1990, kiedy jako jeden z organizatorów przejazdu pociągiem specjalnym „Retro” dla zaproszonych gości z Biur Podróży z całej Europy w celu zareklamowania powstającego Skansenu Parowozów w Jaworzynie Śląskiej, jechałem nim jako przewodnik, jej echo powróciło w całej okazałości.
Gdy pociąg minął okazały wiadukt górnokratowy przerzucony nad drogą wojewódzką numer: 381, siedząca po prawej stronie wagonu starsza wiekiem kobieta, zaczęła nagle histerycznie płakać.

Z przerażonym kierownikiem pociągu podbiegliśmy do niej próbując ją jakoś uspokoić i dowiedzieć się co było przyczyną nagłego wybuchu płaczu. Udało nam się to dopiero gdy minęliśmy przystanek Zdrojowisko. Przeprosiła nas za swoje zachowanie i opowiedziała historię swojego dzieciństwa.

Na początku oświadczyła, że mieszka obecnie w Szwajcarii, ale poznała to miejsce bo tu się urodziła na początku lat 30. i tu spędziła swoje dzieciństwo. Pochodzi z rodziny żydowskiej a takich rodzin w wiosce Ludwigsdorf i okolicy było po 1933 roku już niewiele. Gdy nasiliły się prześladowania Żydów, jeszcze przed wybuchem wojny, jej matka ukryła ją w miejscowym szpitalu prowadzonym prze siostry Franciszkanki Szpitalne. Gdy podrosła, siostry uszyły dla niej specjalny habit. Nie zna losów ani swojej rodziny z Ludwigsdorfu, ani innych żydowskich mieszkańców ziemi kłodzkiej, słyszała tylko że prawie wszyscy zostali na początku lat 40. gdzieś wywiezieni. Powiedziała dalej, że przeżyła tu najstraszniejszy dzień swojego życia, stąd jej strach i płacz.

A było to tak. Na początku 1945 roku, nagle do szpitala w którym ukrywały ją siostry zakonne wpadło kilku uzbrojonych po zęby wachmanów z obozu pracy lub esesmanów – tego już dokładnie nie pamięta. Przerażone siostry zakonne sądząc, że są to ich ostatnie chwile bo ktoś je wydał informując władze o ukrywanej przez nie żydówce, skupiły się na modlitwie. Tymczasem żołnierze zaczęli bez skrupułów wyrzuć z łóżek inwalidów i niepełnosprawne dzieci z wodogłowiem, którymi opiekowały się zakonnice. Po chwili, inna grupa żołnierzy zaczęła wnosić rannych. Widok był okropny. Wszyscy – z około dziesięciu przyniesionych mężczyzn – byli potwornie poparzeni, ze świeżymi i częściowo zaleczonymi obrażeniami. Pomimo natychmiastowej opieki doświadczonych w takich sprawach zakonnic, nikt nie przeżył. Z rozmów jakie żołnierze toczyli między sobą, nasza rozmówczyni dowiedziała się, że tuż za stacją miała miejsce ogromna katastrofa kolejowa w której spalonych zostało kilkudziesięciu rannych żołnierzy. Winą za tą katastrofę została obarczona cała załoga stacji którą podobno wkrótce rozstrzelano. Rzekomo nie darowano nawet kasjerowi biletowemu, którego wyciągnięto po służbie z domu.
Na drugi dzień, gdy zmarł ostatni z przyniesionych rannych, żołnierze zabrali wszystkie zwłoki. Miejsca pochówku nikt nie znał, ale z zasłyszanych plotek, dowiedziała się – co wydaje się jednak mało prawdopodobne – że po prostu mieli zostać porzuceni i zasypani w jednym z budowanych tuneli na zboczu góry Włodyka.

Po zakończeniu wojny, do szpitala przybyło kilka sióstr zakonnych z Polski, i one ułatwiły jej wyjazd do Szwajcarii. Nauczyła się też trochę języka polskiego, z którego do końca życia będzie pamiętała zdanie: „Siostry do modlitwy. Obiad na stole”. W czasie pobytu w szpitalu w okresie wojny odczuwała dotkliwy głód, ponieważ podopieczni sióstr, jako ludzie zbędni dla Rzeszy Niemieckiej, nie mieli prawa do kartek żywnościowych i siostry dzieliły się z nimi skromnym jedzeniem.

A na zakończenie jeszcze jeden wątek żydowski związany z koleją ale już powojenny. W Ludwikowicach Kłodzkich „wywinął się” śmierci i uratował swoje życie mężczyzna o nazwisku Szyja W., który w dniu 1 listopada 1954 roku został ciężko ranny przy wskakiwaniu do zatłoczonego pociągu numer: 565.

1 thought on “Zbigniew Ławrynowicz ▪ Katastrofa kolejowa pod Ludwikowicami Kłodzkimi”

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Scroll to Top